Opowiadając ich historię Kieślowski z Piesiewiczem postawili na komediową tonację, a "Dziesiątka" jest jednym z najdowcipniejszych odcinków całego "Dekalogu". Krzysztof Piesiewicz tak mówił o jej powstawaniu:
"Dekalog X" to opowieść o chęci posiadania, o pomnażaniu tego, co się posiada. Ale żeby ludzie to "kupili", zaakceptowali, trzeba powołać sympatycznych bohaterów, wręcz zabawnych.
Tak narodzili się Jerzy, mieszczanin o aparycji urzędnika i Artur, młody buntownik grający w punkowej kapeli. Na pozór skrajnie różni, po śmierci ojca muszą nauczyć się ze sobą współpracować. Jednocześnie obaj przechodzą bolesną lekcję prawdy o samym sobie i własnych słabościach.
Spośród wszystkich części "Dekalogu" dziesiąty film wyróżnia się poziomem aktorskich kreacji. Próżno tu szukać choćby jednej postaci nakreślonej fałszywą kreską. Kieślowski bezbłędnie dobiera aktorów, skupiając się na ich ekranowej energii i filmowym emploi. I tak Jerzy Stuhr wnosi na ekran wrodzoną vis comica i nawet w dramatycznych scenach przemyca bezcenny element humoru, zaś niewinność i naiwność młodego Zbigniewa Zamachowskiego staje się budulcem postaci młodego rockmana, który nagle musi skonfrontować się z własną chciwością i hipokryzją.
Na tym nie kończy się aktorski koncert – bardzo dobry jest także nastoletni Maciej Stuhr, który u boku swojego ojca pokazuje niespotykaną wręcz naturalność i swobodę bycia przed kamerą, a także stary wyga – Henryk Bista, diaboliczny, ale zarazem budzący empatię jako kolekcjoner znaczków i ojciec umierającej córki.