Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że problemy społeczne polskiej wsi mają bogatą tradycję piśmienniczą. Szczególnie widoczne były w erze pozytywizmu, za sprawą nowel Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Marii Konopnickiej, oraz powieści – z "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej na czele. Proza ta była żyznym podglebiem pod cztery tomy "Chłopów" Władysława Reymonta, uhonorowane literackim Noblem.
W międzywojniu ujawnił się kolejny talent – Jalu Kurek ("Grypa szaleje w Naprawie"). W 1938 roku Stanisław Piętak otrzymał Nagrodę Młodych Polskiej Akademii Literatury za na poły autobiograficzną powieść ("Młodość Jasia Kunefała"). Zdystansował kontrkandydata do nagrody – Witolda Gombrowicza z jego "Ferdydurke" (do takiej prozy dostojni akademicy jeszcze wtedy nie dorośli).
Po wojnie w masowych nakładach ukazywały się kolejne wydania socrealistycznych produkcyjniaków, agitujących na rzecz zakładania spółdzielni produkcyjnych czy PGR-ów. Z wolnej a nieprzymuszonej woli nikt tych gniotów dziś nie czyta. Z księgarskich lad i półek zniknęły również książki Józefa Mortona czy Juliana Kawalca, autorów solidnie uwikłanych w zależności od państwowego mecenasa i raczej mało kto dziś po nich płacze.
Plebejskie co się zowie, a łotrzykowskie z ducha są za to "Opowiadania zwykłe" Wiesława Dymnego, przenoszone na ekran przez Henryka Klubę ("Chudy i inni", "Słońce wschodzi raz na dzień"). Podobny prześmiewczo-siermiężny ton przenika "Konopielkę" czy "Awans" Edwarda Redlińskiego (takoż sfilmowane).
Godnym uwagi pisarzem, który do realizmu prozy wiejskiej wniósł akcenty poetyckiej ballady, był Tadeusz Nowak. Jego powieść "A jak królem, a jak katem będziesz", przepojona elementami bliskimi mitycznej nadrealności, okazała się przełomowa w ukazywaniu polskiej wsi.
Na tak żyznym gruncie wyrosła wkrótce czerstwa krzepa dwóch pisarzy – laureatów Nagrody Literackiej Nike: Wiesława Myśliwskiego ("Widnokrąg" w 1997 roku, "Traktat o łuskaniu fasoli" w 2007 roku) i Mariana Pilota ("Pióropusz" w 2011 roku).
Tematyka wiejska emanuje nierzadko z prozy Olgi Tokarczuk czy Andrzeja Stasiuka. A wciąż dołączają następni. Zdaniem Wioletty Grzegorzewskiej, ujawnionym w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" [8 października 2017]:
Prowincja zawsze była wyrazista i buńczuczna. Chłop prowadził nieustanną wojnę z panem, plebanem i wszelką władzą. To temat na miarę nowej wersji "Zniewolonego umysłu".
Wioletta Grzegorzewska

Wioletta Grzegorzewska podczas gali rozdania Nagród Nike 2014, fot. Bartosz Krupa / East News
"Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej są zbiorem opowiadań o dzieciństwie i młodości, spędzonych w małej wsi Hektary położonej w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. W Culture.pl pisała o książce Aleksandra Lipczak:
Są tu echa wielkiej historii, Nobel dla Wałęsy, wizyta papieża. Ale to tylko szum w tle, wydarzenia, które przechodzą bokiem, jak wizyta Jana Pawła II, który zamiast przejechać przez udekorowane i wyczekujące Hektary, wybiera podróż helikopterem. To samo tyczy się wsi. Czytelnik nie znajdzie w książce obrazu "polskiej prowincji", "Guguły" – jeśli pominąć obyczajowe szczegóły – mogłyby się w zasadzie dziać wszędzie i nigdzie, w dowolnym zakątku świata. Choć to bardzo osobista i pobrzmiewająca autobiograficznie opowieść i owszem, jest w niej konkretna Polska lat 80. i konkretny wycinek przestrzeni – Wioletta Grzegorzewska przenosi ją na poziom mitu. Bardziej niż społeczne realia interesuje ją podstawowa materia istnienia: dom, figury rodziców i dziadków, dojrzewanie, ciało, śmierć. Krawcowa kopulująca z manekinem to obraz rodem z Schulza, nie "Konopielki". Wieś Grzegorzewskiej nie jest zresztą szczególnie zaskakująca, wpisuje się raczej w utarty schemat: obrzędowa religijność, trwanie, czarny humor, wybujałość.
Jej powieść "Guguły" w 2015 roku otrzymała nominację do Literackiej Nagrody Nike i do Nagrody Literackiej Gdynia. Znalazła się również na długiej liście nominowanych do Międzynarodowej Nagrody Bookera 2017 (Man Booker International Prize). To najważniejszy w świecie anglojęzycznym laur dla książki tłumaczonej z innego języka. Grzegorzewską, znaną w Anglii jako Wioletta Greg, doceniono za powieść "Swallowing Mercury", czyli "Guguły".
Jej "Stancje" z 2017 roku są luźną kontynuacją wątków i postaci z poprzedniej powieści.
Aleksander Kaczorowski

Aleksander Kaczorowski, fot. Piotr Jasiczek/Forum
W trzech krótkich formach prozatorskich "Ballady o kapciach" Aleksander Kaczorowski intrygująco przedstawia swój wiejsko-małomiasteczkowy rodowód. Własne wspomnienia wzmacnia warsztatem reporterskim, połączonym z pasją badacza dziejów. Wnikliwe obserwacje lokalnego patrioty zainspirowały go, skromnego kronikarza rodzinnego skrawka ziemi, do odważnych historiozoficznych uogólnień.
Trudno jednoznacznie rozsądzić, czy protoplaści autora "Ballady o kapciach" stali się zdeklasowaną szlachtą na skutek carskich popowstaniowych represji. Czy też, przeciwnie, zniesienie pańszczyzny, likwidujące wyzysk podległych im włościan, wykazało nierentowność prowadzenia obszarniczych posiadłości. A może przodkowie Aleksandra Kaczorowskiego to właśnie wzbogaceni chłopi, którzy do nazwiska Kaczor dodali "szlachetną" końcówkę ...owski? – sugeruje autor. Wydaje się to zrozumiałe przy jego niechętnym, wręcz wrogim stosunku do szlacheckiego status quo, znaczonego stuleciami wyzysku.
Moja prababka urodziła się w 1860 roku, co oznacza ni mniej, ni więcej, że przyszła na ten świat jako niewolnica […] Nie mówi się wiele o tym, że większość Polaków to potomkowie ludzi zniewolonych, ofiar tak zwanej wtórnej pańszczyzny z szesnastego wieku. To wtedy Polska stała się największym producentem i eksporterem zbóż na rynki Europy Zachodniej. Gigantyczne uprawy wymagały pracy niewolniczej: późniejsze plantacje bawełny na amerykańskim Południu były niczym innym, jak odpowiednikiem naszego systemu folwarcznego. Rzeczpospolita szlachecka zniewoliła chłopów, zrobiła z nich bydło – i to jest najważniejsza przyczyna, dla której zaledwie dwa wieki później przestała istnieć, podbita przez Rosję (podobnie jak amerykańskie Południe nie oparło się Północy). […] Pasożytnicza, próżniacza klasa szlachecka nie potrzebowała silnego państwa ani tym bardziej chłopów-obywateli. Tylko w takim bardaku, jakim była Rzeczpospolita Obojga Narodów, ta fatalna krzyżówka polsko-litewska, szlachta mogła bezkarnie zmienić cały kraj, w tym Mazowsze, w swój wyłączny folwark. Skutków tego drenażu nie udało się przezwyciężyć do dzisiaj.
Nie szczędząc słów potępienia w ocenie dziejów szlacheckiej złotej wolności autor "Ballady..." przypomina równie nieustępliwego w tej mierze Czesława Miłosza.
Aleksander Kaczorowski w 2015 roku otrzymał tytuł Ambasadora Nowej Europy oraz był nominowany do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej. W 2016 roku został laureatem nagrody Vaclava Buriana za wkład w dziedzinie kultury do dialogu środkowoeuropejskiego.
Ignacy Karpowicz

Ignacy Karpowicz, fot. Adam Tuchliński / Newsweek / Forum
"Sońka" Ignacego Karpowicza rozpoczyna się jak baśń, na polsko-białoruskim pograniczu (co nadaje jej zresztą wymiar osobisty – tam właśnie autor spędził dzieciństwo). Opowiada o spotkaniu tytułowej bohaterki, w której życiu "wszystko skończyło się wraz z wojną", i wziętego dramatopisarza, który we wsi Sońki znajduje się przypadkiem. To jemu Sońka może opowiedzieć historię swojego życia, przede wszystkim historię wielkiej, nieszczęśliwej miłości. Niepiśmienna chłopka, w młodości miała romans z żołnierzem SS. Powieść tę określano pozornie staroświeckimi, niemodnymi dziś przymiotnikami, jako piękną i wzruszającą.
O "Sońce" pisała w Culture.pl Aleksandra Lipczak:
Wojna, miłość, historia – terytoria, po których trudno się poruszać nie wpadając na minę banału albo patosu. Karpowicz kroczy po nich ostrożnie, "brudząc" historię – Sońki i Joachima, jej spotkania z Igorem – przypisami, wybieganiem w warszawską teraźniejszość czy przyszłość, nadświadomością tekstu. Balansuje między kpiną i patosem. Jest – jak zwykle w swoich powieściach – ironistą i nie oszczędza sobie kąśliwości wobec płytkiego i pogubionego "warszawiaka" – choć w tym przypadku kąsa i kpi w pewnym sensie z samego siebie, bo postać Igora/Ignacego nosi wiele autobiograficznych znamion. Czasem tekstowe powikłanie wydaje się sztuką dla sztuki, niepotrzebnym nadmiarem, momentami zdarza się też Karpowiczowi nieco nieznośnie moralizować oceniając teraźniejszość. Jednak, paradoksalnie, może gdyby nie było tego zamieszania na powierzchni i mylenia tropów, nie poruszałoby tak bardzo proste i skromne jądro opowieści. Może tylko tak może do nas dotrzeć prosta historia o sprawach fundamentalnych – przez "zabrudzenie", grę lustrzanych odbić, niepewność.
Za "Sońkę" Ignacy Karpowicz otrzymał nominację do Nagrody Literackiej Nike 2015.
Maciej Płaza

Maciej Płaza, 2016, fot. Agata Dyka / Reporter / East News
Maciej Płaza stworzył w "Skoruniu" quasi autobiograficzną opowieść o życiu w podsandomierskiej wsi w trudnych latach 80. XX wieku, z odniesieniami do czasów ostatniej wojny. Potoczysty język ludowych bohaterów z zagubionej prowincji – zrazu jędrny, po samczemu dosadny, a niekiedy wręcz prostacki – rozkwita z nagła metaforami, uwodzi wybornym stylem, mami motywami magicznej baśniowości. Prostota tej prozy jest tak zniewalająca, że aż podejrzana; a podejrzana, bo wyrafinowana. Pomimo przesycenia powieści wyrażeniami zaczerpniętymi z gwary ludowej, regionalizmami ("śmy poszli" etc.) czy swojskimi brzmieniami z osobniczym połykaniem głosek ("aeśchopakuwyrós"), z narracji "Skorunia" przebija gruntowne wykształcenie autora (doktora nauk humanistycznych, literaturoznawcy i tłumacza).
Książka zawiera opowiadania o chronologii układającej się w historię dorastania głównego bohatera. Chłopaka, który dla domowników i otoczenia jest skoruniem, jak w jego stronach określa się małolatów uznanych za leni, nicponi, łobuziaków. Jest w tej prozie bezmiar czułego zachwytu nad niedoskonałością świata, który bezpowrotnie przeminął. Świata bezgrzesznego(?) dzieciństwa, gdy w człowieku dopiero zaczynają buzować hormony. Świata pierwszych wtajemniczeń w istotę kruchych dni, znaczonych odchodzeniem ludzi i spraw, których nie udało się zatrzymać inaczej, niż w niedyskretnej pamięci.
Swoim "Skoruniem" Maciej Płaza udowodnił, że wieś jako temat literacki nadal budzi pozytywne czytelnicze emocje. Trzeba tylko mieć dociekliwość lenia, bystrość nicponia i oko łobuza.
Za tom opowiadań "Skoruń" został w 2016 roku laureatem Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Kościelskich. Znalazł się też w finale Nagrody Literackiej Nike. Ponadto otrzymał nominacje do Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza i Śląskiego Wawrzynu Literackiego.
Kolejna powieść Macieja Płazy to "Robinson w Bolechowie" (data premiery: 22 listopada 2017 roku). Podobnie jak w poprzedniej, akcja rozgrywa się na prowincji. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej bolechowski hrabia, właściciel pałacu i kolekcji dzieł sztuki, ukrywa bezcenne skarby, żeby nie padły łupem okupanta. Kiedy hrabia zginie z rąk hitlerowca, strażnikiem kolekcji zostaje pałacowy ogrodnik.
Wojciech Szlęzak

Wojciech Szlęzak, fot. materiały promocyjne autora
Dawno nie mieliśmy równie interesującej książki. "Cień jabłoni" Wojciecha Szlęzaka to angażująca emocjonalnie i intelektualnie powieść. Wciągające narracyjne wątki, ukazane na tle rozważań o niepokojących problemach współczesności, sprawiają, że wraca się do niej pamięcią.
Proza "Cienia jabłoni" zadziwia pisarską dojrzałością. Światły, należycie wykształcony bohater, który nie zapomniał niedogodności, ale i uroków dzieciństwa spędzonego na wsi, kpi w żywe oczy z niektórych przejawów postępu, jawnie ocierających się o absurd. Tymczasem tam, gdzie rytm życia podporządkowany jest porom roku i prawom natury, nic nazbyt gwałtownie się nie zmienia. W rodzinnym obejściu i jego przyległościach nadal można w spokoju ducha uprawiać przydomowy ogródek, pielęgnować sad czy doglądać pszczół w pasiece.
Kontrast między życiem na prowincji i w wielkich miejskich aglomeracjach jest wyrazisty i namacalny, choć pod piórem Wojciecha Szlęzaka zmierza zarazem do uogólniającej metafory. Pisarz przedstawia dwie filozofie życiowych wyborów: drogę ze świadomością własnej, choćby najskromniejszej roli w świecie, bądź też drugą – szybkiej kariery, acz bez większych szans na rozwój własnej podmiotowości, tam gdzie odbiegałaby od oczekiwań przełożonych. Przy okazji autor zastanawia się, ku czemu zmierzają nowe technologie, mające w teorii ułatwić pracę i oszczędzić czas, choć w codziennej praktyce czyniące życie znacznie bardziej skomplikowanym i do cna zabieganym.
Wojciech Szlęzak podobnie jak Myśliwski docenia prowincję z jej statusem małej ojczyzny, jako mikroskopijnej kopii świata. I jak Pilot dostrzega zalety matecznika, gdzie można jeszcze odnaleźć resztki zagubionych w mieście wartości. Jednocześnie swoim "Cieniem jabłoni" wnosi do odradzającej się literatury wiejskiej ducha przekory, widocznego szczególnie w zakończeniu powieści, którego zdradzić zwyczajnie nie uchodzi.
Anna Cieplak

Anna Cieplak, fot. G. Studnicki/materiały promocyjne
W swojej pierwszej powieści "Ma być czysto" Anna Cieplak przenikliwie opisywała świat gimnazjalistów. Zdaniem wydawcy (Krytyka Polityczna):
Mieć piętnaście lat to jak cierpieć na nieuleczalne zaburzenia urojeniowe. Każdą uwagę na swój temat analizuje się po sto razy, kompleks wyrasta na kompleksie, a wszystko, co fajne, jest zabronione. Oliwia boi się, że zaszła w ciążę z Chomikiem o grzywce Biebera. Czy z powodu pechowego wypadu do sklepu, gdy jej kolegów przyłapano na kradzieży batonów, wyląduje w ośrodku? Julii to raczej nie grozi, jest z lepszego osiedla. Nie jest jednak pewna, czy w sercu Usziego wygra z żołnierzami wyklętymi, ani nawet, czy by tego chciała. Magda, macocha Julii, próbuje pomóc Oliwce, ale trudno wsadzić kij w szprychy bezlitosnej biurokratycznej machiny, tym bardziej, gdy samej się żyje bez papierów i na umowie śmieciowej.
Piotr Bratkowski w newsweek.pl [nr 49/2016] ocenia:
Ani wielkie miasto, ani zapyziałe miasteczko. Dąbrowa Górnicza – uważny czytelnik dojdzie, że to tam rozgrywa się akcja powieści "Ma być czysto" – jest na tyle duża, by istniały w niej dzielnice dobre i złe. Jednak nie aż tak duża, by mieszkańcy tych dzielnic żyli całkiem osobno, jak to bywa w metropoliach. Zwłaszcza jeśli mają po 15 lat i nawet jeśli wywodzą się z różnych kast, chodzą do tych samych szkół i na te same koncerty. Oraz lajkują się i tagują (albo, co gorsza, nagle przestają) na portalach społecznościowych. Tak jak Julia i Oliwka, dwie główne bohaterki powieści 28-letniej debiutantki.
Anna Cieplak w 2017 roku została laureatką Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza. Otrzymała też nominację do Nagrody Literackiej Gdynia i do Nagrody Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Jej powieść "Ma być czysto" została ogłoszona książką roku w plebiscycie "Radiowego Domu Kultury" Trójki.
Kolejną jej powieścią (data premiery: 13 września 2017 roku) są "Lata powyżej zera". "O pierwszym pokoleniu, które nie pamięta PRL-u, i ostatnim urodzonym bez smartfona w ręku". O "dziwnej krainie zwanej Polską, na pograniczu Zagłębia i Śląska" w czasach Gadu-Gadu i Paktofoniki.
Prowincja
Z racji położenia geograficznego i geopolitycznego, zaszłości historycznych, trudno przyswajalnego języka oraz setek podobnych powodów, w oczach innych nacji – jako kraj i państwo – jesteśmy prowincją. Prowincją Europy, świata i okolic. Żadne osiągnięcia, pojedyncze czy zbiorowe, tego nie zmienią – i im szybciej to sobie uświadomimy, tym lepiej.
Wiedział o tym dobrze Witold Gombrowicz, i uzmysławiał to swoim rodakom wszędzie, dokąd rzucił go los. Wiedział, że on sam – i każdy z nas – swoją prowincję zawsze nosi w sobie. I że jedynie od nas samych zależy świadectwo, jakie sobie wystawiamy w świecie.
Prowincja jako miejsca na ziemi może być wspaniała, podziwiana, choć – kiedy trzeba – i krytykowana. Dobrze sobie z tym radzą nasi południowi sąsiedzi, których literatura "od zawsze" umiała odzwierciedlić ich położenie na tym najlepszym ze światów. Ale i my, jak widać, podejmujemy w tym względzie stosowne próby – zrazu nieśmiałe, choć obiecujące.
Prowincja? Tak! Byle nie mentalna...
Autor: Janusz R. Kowalczyk, październik 2017