Content anchor

Maciej Płaza, "Skoruń"


Maciej Płaza stworzył w "Skoruniu" quasi biograficzną opowieść o życiu w podsandomierskiej wsi w trudnych latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, z odniesieniami do czasów ostatniej wojny. Potoczysty język ludowych bohaterów z zagubionej prowincji – zrazu jędrny, po samczemu dosadny, a niekiedy wręcz prostacki – rozkwita z nagła metaforami, uwodzi wybornym stylem, mami motywami magicznej baśniowości.

Prostota tej prozy jest tak zniewalająca, że aż podejrzana; a podejrzana, bo wyrafinowana. Pomimo przesycenia powieści wyrażeniami zaczerpniętymi z gwary ludowej, regionalizmami ("śmy poszli" etc.) czy swojskimi brzmieniami z osobniczym połykaniem głosek ("aeśchopakuwyrós"), z narracji "Skorunia" przebija gruntowne wykształcenie autora. Debiut Macieja Płazy, doktora nauk humanistycznych, literaturoznawcy i tłumacza, jest w pełni dojrzałą prozą twórcy świadomego warsztatowych możliwości swego pióra (klawiatury).

Książkę rozreklamowaną jako zbiór opowiadań równie dobrze można uznać za powieść inicjacyjną – wprawdzie bez zachowanej ciągłości akcji, ale z rozdziałami o chronologii układającej się w historię dorastania głównego bohatera. Chłopaka, na którego nikt w jego wiosce, z rodzicami włącznie, nie woła po imieniu. Dla domowników i otoczenia jest skoruniem, jak w jego stronach określa się podobnych mu małolatów, uznanych za leni, nicponi, łobuziaków.

Każda z siedmiu opowieści ma jeden temat główny i kluczową postać; niekiedy dwie, trzy. Obok młodocianego bohatera, a zarazem narratora na czołową postać wyrasta jego ojciec, z którym syn prowadzi zaczepno-odporną wojnę. Proza Płazy przypomina w tym względzie znakomite, choć dziwnie zapomniane "Opowiadania zwykłe" Wiesława Dymnego, z ich motywem pokoleniowej rywalizacji w linii męskiej, co niekiedy nawet wiodło do czynów ostatecznych i nieodwracalnych.

"Ojciec wołał mnie jednym słowem, czekał tak krótko, że ledwie zdążyłem wskoczyć na błotnik ciągnika, i śmy pędzili do jakiejś roboty, niepotrzebnej do niczego prócz uciszenia diabła, który nim targał od środka."

Ryszard, ojciec bohatera, to urodzony sadownik, racjonalizator, konstruktor machin i surowy belfer w pobliskiej szkole mechanicznej. Zawołany antyklerykał, który ulegał jednak naciskom rozmodlonej żony, zabiegającej o stałą obecność całej familii na coniedzielnych mszach świętych. Niekiedy nieoczekiwanie na długo znikał z domu, zamykany za organizację strajków i knucie przeciw władzy.

Syn, karmiony opowieściami miejscowych o czasach wojny – o przeprawiających się przez skutą lodem Wisłę partyzantach i goniących ich Niemcach, których wraz z ich ciężkim sprzętem pochłonęła mroźna kipiel – oczekiwał od małomównego ojca bohaterskich postaw.

"– Byłeś w niewoli? – zawołałem z nadzieją.
Ojciec nie odwrócił się nawet, szedł dalej, ale odpowiedział – niby sobie, pod nosem, jednak na głos, tak bym usłyszał:
– Wszędzie jestem w niewoli."

Co ciekawe, ojciec – pierwszy mieszkaniec wsi z dyplomem wyższej uczelni – z reguły przegrywał w słownych starciach ze swym bratem Bogdanem. Niewykształcony stryj bohatera, kierujący się w utarczkach zdrowym rozsądkiem, celnymi argumentami, a gdy trzeba – ironią, okazywał się nie do przegadania, zwłaszcza na tle surowej powagi ojca. Można by pomyśleć, że Maciej Płaza tworząc jego wizerunek, maczał pióro w tym samym atramencie, co portretujący Zagłobę Henryk Sienkiewicz; czy też, skądinąd, Bohumil Hrabal.

Spostrzegawczość Macieja Płazy idzie w parze z poetyckim wręcz obrazowaniem, choć materia bywa częsta zgrzebna: "Jemy grube parówki z musztardą, pijemy gruzińską herbatę ze szklanek owiniętych drucianymi koszyczkami. Czuje się jak w domu, bo przecie tak się jada i pije w każdym domu, u nas też".

Siermiężność wiejskiej codzienności – z czasowego oddalenia dziś już z lekka nostalgiczna albo nawet egzotyczna – nabierała niekiedy apokaliptycznych rozmiarów. Poza kataklizmem wojny mieszkańcy wsi byli (i są nadal) narażeni na nieustanne zagrożenie powodzią. Wisła wielokrotnie przerywała okoliczne wały, podtapiała ich domy, zagrody, plony, porywała trzodę, niwelowała wielopokoleniowy dobytek.

"Skoruń" Płazy celuje w doskonałych opisach, nic jednak nie przebije brutalnej w swoim realizmie wizji skutków powodzi. Wspomnienie spustoszeń spowodowanych przez wodny żywioł potrafiło opowiadającego o tym plebejusza przemienić w epika. Może nawet w poetę.

Zgoła inny obraz – sielski, choć niepokojący; pulsujący zmysłowymi barwami – jakby wysnuty z opowiadań Brunona Schulza, daje Maciej Płaza niemal na zakończenie utworu:

"Śliwki nie były jedyne, ani nawet pierwsze, w letnim korowodzie. Zaczynał się on pod koniec rozpachnionego maja, gdy dojrzewały truskawki, krople jasnej krwi, wstydliwe, wstydliwsze nawet od malin, które trochę później wyjmowało się ostrożnie z kolczastej gęstwiny. Lecz jeszcze przed malinami miały swój czas czereśnie, potem wiśnie. Krew, która w truskawkach była lekka, jakby zmieszana z kroplami majowych deszczów, teraz przerastała miąższystą tkanką, ciemniała, kusiła, by rysować nią szlaczki na białej jeszcze skórze. Najciemniejsza była w malinach, wysłodzona do gęstości. Gdy stężała i zgasła, przychodził czas na inne owoce, już nie krwiste, tylko wytopione z samego lipcowego blasku, jak morele, lub z korzeni i ziemi, jak śliwki. Ostatnie żywe kropelki wisiały jeszcze na krzakach porzeczek, ale tylko czerwonych; w czarnych krew mieszała się ze smakiem żylastych gałązek i liści. Potem już się czekało na jabłka, bo lato chyliło już się ku wieczorowi, a jabłka miały w sobie długą opowieść o nie zawsze szczęśliwym czekaniu. Te pierwsze były pełne trawnej rześkości, wsączonej przez nadranne wrześniowe chłody, te późniejsze miały jakby więcej ciepła, ale to dlatego, że były cierpliwsze, umiały przechować w sobie słońce sierpnia, bo wiedziały, że będą się nim grzać aż do zimy, było to więc raczej ciepło nahajcowanego pieca. Razem z jesienią przychodziły też bezwstydne winogrona: ojciec ulegał im bez gadania, przerabiał je na wino, pyszne i pełne spóźnionej, daremnej bujności."

Jest w tej prozie bezmiar czułego zachwytu nad niedoskonałością świata, który bezpowrotnie przeminął. Świata bezgrzesznego(?) dzieciństwa, gdy w człowieku dopiero zaczynają buzować hormony. Świata pierwszych wtajemniczeń w istotę kruchych dni, znaczonych odchodzeniem ludzi i spraw, których nie udało się zatrzymać inaczej, niż w niedyskretnej pamięci.

Maciej Płaza swoim "Skoruniem" udowodnił, że wie, o czym pisze. I że wieś jako temat literacki nadal budzi pozytywne czytelnicze emocje. Trzeba tylko mieć dociekliwość lenia, bystrość nicponia i oko łobuza.

Maciej Płaza
"Skoruń"
wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015
seria wydawnicza: Archipelagi
wymiary: 123 x 194 mm
oprawa: twarda
liczba stron: 352
ISBN: 978-83-280-2136-5
 
Autor: Janusz R. Kowalczyk, wrzesień 2016
 

Prozaik i tłumacz został laureatem Nagrody im. Kościelskich 2016 za zbiór opowiadań "Skoruń". Tom... Czytaj dalej about: Maciej Płaza z Nagrodą Kościelskich 2016

Michał Książek, Barbara Klicka, Maciej Płaza i tłumaczka Anna Wasilewska zostali laureatami... Czytaj dalej about: Znamy laureatów Nagrody Literackiej GDYNIA 2016

 
Janusz R. Kowalczyk

Tagi: Maciej Płazawiesław dymnyhenryk sienkiewiczbruno schulzwydawnictwo w.a.b.

Podobał Ci się nasz artykuł? English newsletter here

Zapisz się na newsletter

  • 0 subscribers
  • Zgodnie z ustawą z dnia 29 sierpnia 1997r. o ochronie danych osobowych (tekst jedn. Dz. U. z 2002r. nr 101, poz.926)wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych przez Instytut Adama Mickiewicza (IAM) z siedzibą w Warszawie (00-560), przy ul. Mokotowskiej 25. Podanie danych jest dobrowolne. Użytkownikom przysługuje prawo dostępu do swoich danych i ich poprawiania.

  • Email Marketingby GetResponse

Zobacz także: