Piosenkarz, wykonawca muzyki rozrywkowej i poezji śpiewanej. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów polskiej estrady lat 60., którego przeboje weszły do kanonu polskiej piosenki. W latach 80. działacz opozycji antykomunistycznej. Urodził się 14 lutego 1942 roku w Lublinie, zmarł 20 sierpnia 2020 roku w Jastkowie.
-
„Nazywam się Piotr Szczepanik. Urodziłem się w Lublinie 14 lutego 1942 roku. To dobry dzień na urodziny, to Dzień Zakochanych. To nie ja wybierałem, tylko – myślę – los” – tak zaczyna się opowieść piosenkarza zarejestrowana w 2014 roku przez Agnieszkę Górę z Pracowni Historii Mówionej lubelskiego Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN. Szczepanik o swoich narodzinach w kontekście Walentynek mówi nie bez powodu. Przez lata uchodził za jednego z najbardziej romantycznych wykonawców w Polsce. Jego sentymentalne piosenki, często już standardy polskiej muzyki, stały się integralną częścią tożsamości całego powojennego pokolenia.
Artystyczne predyspozycje Piotra Szczepanika dały o sobie znać już w szkole podstawowej. Gdy piosenkarz zyskał rozgłos, szkolny kolega, Andrzej Polakowski pisał w czasopiśmie „Kamena”: „Produkcje w dziecięcym teatrzyku szkolnym przyniosły Piotrusiowi pochwały nauczycieli, no i rozgłos na całą dzielnicę. Za to w ogólniaku, przy ulicy Buczka, woźny złożył skargę do dyrektora szkoły, że uczeń Piotr Szczepanik wystukuje na żeberkach szkolnych kaloryferów dziwne rytmy, nucąc przy tym coś niezrozumiałego”. Te „dziwne rytmy” mogły być inspirowane jazzem, bo tym gatunkiem kilkunastoletni Piotr bardzo się interesował, słuchając jazzowych audycji w Radiu Wolna Europa.
„Kiedy zdałem maturę, zacząłem wędrować przez Bramę Grodzką do Domu Kultury” – opowiadał Szczepanik we wspomnieniach dla Teatru NN. Tam przyszły piosenkarz wziął udział w konkursie recytatorskim, którego jurorem był młody aktor Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, Jan Machulski. „Gawędził ze mną później – opowiadał Szczepanik i dodawał: – Mówił, że mam predyspozycje, że gdybym zdał do szkoły teatralnej, to mógłbym zagrać Hamleta”. Za namową Machulskiego Szczepanik podszedł do egzaminów wstępnych, ale ostatecznie do szkoły się nie dostał. Na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim zaczął studiować historię sztuki.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Piotr Szczepanik, widowisko „Kariera”, 1970, Warszawa, fot. Aleksander Jałosiński/Forum
Obrazek
Piotr-Szczepanik-forum-0430078402.jpg
Nie porzucił przy tym swoich artystycznych pasji. Zaangażował się w ruch studencki i dołączył do kabaretu Czart, działającego w lubelskiej kawiarni Czarcia Łapa. Tam zaczął śpiewać z „potrzeby wydmuchiwania z siebie emocji […], jak pies wyje do księżyca, tak ja wyłem do mikrofonu”. Występował też gościnnie w teatrzyku Dren 59, tworzonym głównie przez studentów Akademii Medycznej. Jako reprezentant Drenu wystąpił, choć bez większych sukcesów, na pierwszym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1963 roku.
Szczepanik, jako studencki wykonawca, brał udział w wielu młodzieżowych festiwalach. Dziennikarka Maria Szabłowska opowiadała: „Na początku lat 60. jeździł na Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie, który wtedy miał wielką renomę. To było ogromne wyróżnienie dla początkującego artysty, żeby tam wystąpić. Jednak ze swoim repertuarem nigdy nie wygrał. Zdobywał nagrody, ale nie tę główną”. Tak czy inaczej rok 1963 i IV nagrodę na Studenckim Konkursie Piosenkarzy w Krakowie uznaje się za początek profesjonalnej kariery muzycznej piosenkarza.
Niedługo później nastąpiło spotkanie, które zmieniło bieg kariery Piotra Szczepanika – spotkanie z kompozytorem Andrzejem Korzyńskim. O jego okolicznościach ten ostatni opowiedział w książkowym wywiadzie-rzece, Znam wszystkie wasze numery: „Gdy jeszcze pracowałem w »Magazynie Studenckim«, pojechałem na jakiś festiwal do Lublina i tam go zauważyłem. Miał miły tembr głosu, ładnie śpiewał, miał przyjemną aparycję”. Muzyk, pracujący już wtedy w Studiu Rytm Polskiego Radia, postanowił nawiązać ze Szczepanikiem współpracę:
Text
Miałem własny utwór instrumentalny, który jeszcze wtedy się nie nazywał Żółte kalendarze. Witkowi Pogranicznemu [radiowemu koledze i zastępcy Korzyńskiego – przyp. aut.] ta melodia się podobała, więc powiedział mi: „Tutaj po radiowych korytarzach chodzi poeta, Jerzy Miller, zagadaj go, może ci napisze tekst”. No i rzeczywiście napisał.
Korzyński początkowo utwór dał do nagrania dwóm innym wykonawczyniom – Marcie Przyborze, modelce i córce Jeremiego Przybory, oraz aktorce Beacie Tyszkiewicz. Żadna wersja nie przypadła jednak kompozytorowi do gustu. W ten sposób utwór trafił do nowo poznanego Szczepanika.
4 stycznia 1965 roku wokalista pojechał do Warszawy, gdzie w studiu Polskiego Radia przy ulicy Myśliwieckiej nagrał dwie piosenki: Żółte kalendarze i Zabawę podmiejską. Jak wspominał, w ogóle nie liczył na natychmiastowy sukces, więc to, co wydarzyło się potem, przerosło wszelkie jego oczekiwania. Żółte kalendarze nadawane przez Polskie Radio w błyskawicznym tempie stały się wielkim hitem, a Szczepanik niemal z dnia na dzień został gwiazdą. Piosenkę ogłoszono Radiową Piosenką Miesiąca, a niedługo potem Radiową Piosenką Roku 1965.
Na fali tej niespodziewanej popularności ukazało się pierwsze wydawnictwo płytowe Szczepanika, tzw. czwórka, na której znalazły się między innymi wspomniane utwory. Płyta rozeszła się w nakładzie pół miliona egzemplarzy. Zanim jednak się ukazała, Piotr Szczepanik wystąpił na Festiwalu w Opolu. Publiczność oszalała. Sprawozdawca z „Trybuny Opolskiej” opisywał to tak:
Text
Kiedy po występie Piotra Szczepanika rozentuzjazmowana publiczność, żądając bisów, nie chciała dopuścić do głosu prowadzącej koncert Jadwigi Swirtun, na pomoc chyłkiem pospieszył jej Jacek Fedorowicz. Poszeptał, doradził i… zaproponował, by Piotr Szczepanik jako najlepszy piosenkarz imprezy otrzymał nagrodę ZURiT-u [Zakład Usług Radiotelegraficznych i Telewizyjnych – przyp. aut.]. To upoważniło go do zaśpiewania dodatkowej piosenki.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Piotr Szczepanik, 2000 roku, Poznań, fot. Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza
Obrazek
Piotr-Szczepanik-AW-SZCZEPANIK-KT1.jpg
Piotr Szczepanik stał się fenomenem. W erze bigbitu prezentował piosenkę literacką, liryczną, a jednak przebił swoją popularnością większość głośnych bigbitowych wykonawców. Sam mówił wtedy – w wywiadzie dla „Kuriera Lubelskiego” z czerwca 1965 roku – „Lubię bigbit, ale w dobrym wykonaniu, chociaż wydaje mi się, że ostatnio następuje pewien zmierzch bigbitu na korzyść piosenki sentymentalnej, którą staram się uprawiać”. Maria Szabłowska, znawczyni muzyki tamtych lat, w rozmowie z „Faktem” potwierdzała: „Piotr był na kontrze do wysokiej fali bigbitu. Słuchacz chciał ballad, a Piotr o tym doskonale wiedział, dlatego całe życie śpiewał tego typu piosenki. […] Był niekwestionowanie jednym z idoli swoich czasów”.
Ten stan rzeczy potwierdził wydany w 1966 roku longplay Piotr Szczepanik śpiewa – z jedną z najbardziej charakterystycznych polskich płytowych okładek, autorstwa Jerzego Baranowskiego. Na albumie znalazły się kolejne wielkie szlagiery w większości tworzone przez Korzyńskiego: Goniąc kormorany, Nigdy więcej, Puste koperty (cover amerykańskiej piosenki Nobody's Darlin' But Mine Jimmy’ego Davisa), Każdy kogoś kocha (cover utworu Everybody Loves Somebody Deana Martina), Co się jutro zdarzyć ma czy Kochać. Ten ostatni utwór przebił swoją popularnością nawet Żółte kalendarze. Muzyka Andrzeja Korzyńskiego do tekstu Andrzeja Tylczyńskiego stała się miłosnym hymnem, często granym choćby podczas ceremonii ślubnych.
Popularność utworu Kochać przypieczętował słynny telewizyjny teledysk. Piotr Szczepanik na pierwszym planie śpiewa w nim swój przebój, a w tle układ taneczny prezentują Krystyna Mazurówna i Gerard Wilk. Mazurównę, dziś mieszkającą na stałe w Paryżu, pytam o to, jak doszło do tego nagrania:
Text
Kiedyś zadzwonił ktoś z telewizji, że mają taki pomysł – Szczepanik będzie śpiewał, a my będziemy z Gerardem Wilkiem tańczyli. Zgodziłam się, ale oczywiście kompletnie wymazałam to z pamięci. No i nadszedł ten dzień, kiedy było już to nagranie. Na szczęście Gerard akurat przypadkiem u mnie nocował, bo wieczorem gdzieś zabalowaliśmy. Był więc pod ręką. Nagle rano dzwonią z tej telewizji: „Jak to pani jeszcze w domu? Szczepanik już jest, kamery, próby, a Was ciągle nie ma”. Wtedy mnie olśniło, że przecież miałam coś przygotować, miałam tańczyć. Powiedziałam, że zaraz będziemy. Zbudziłam tego biednego Gerarda. Ubraliśmy się w prywatne ubrania – on miał jakiś sweterek i ja też. Dojechaliśmy – to było kręcone chyba na schodach Filharmonii – a Gerard mnie pyta, „Co my w zasadzie będziemy tańczyć?”. „Słuchaj – mówię – patrz się na mnie. Ja cię będę prowadzić”. Byliśmy tak stańczeni, że rozumieliśmy się bez słów językiem ruchu. Stanęliśmy więc za tym Piotrem. Ja w prawo, Gerard w prawo. Ja w lewo, on w lewo. Melodia nam podrzucała układ.
Tym sposobem – bez przygotowań, spontanicznie i we własnych, codziennych ubraniach – powstał taneczny układ, który zapisał się w historii telewizji. Mazurówna o tej popularności opowiada tak:
Text
Emisja była w niedzielę. Gerard mówi: „Słuchaj, to chyba wstyd, bo myśmy tam nic takiego nie zrobili, żaden układ”. Ja mówię: „Wiesz, to będzie niedziela po południu. Ludzie będą po kościele, nikt nie będzie oglądał, a jak nawet będzie, to szybko zapomni”. I pech chciał, że ze wszystkich naszych nagrań, a było tego kilkaset, właśnie to zostało zapamiętane i do dziś jest pokazywane.
Ten rozgłos z dzisiejszej perspektywy nie dziwi. Wszystko, co wypuszczał Piotr Szczepanik we współpracy z Andrzejem Korzyńskim, okazywało się sukcesem. Popularność piosenkarza była olbrzymia. W ciągu jednego dnia Polskie Radio nadawało jego piosenki podobno czterdzieści razy, a do jego domu przychodziło dziennie dwieście listów od fanek i fanów z całej Polski. „Gdzie się nie ruszyłem, tam rozbrzmiewał Szczepanik, a ten Szczepanik, który właśnie rozbrzmiewał, to uciekał od tej sławy jak się tylko dało” – po latach wspominał artysta, któremu rozpoznawalność zaczęła w końcu przeszkadzać. Pewnie też i z tego powodu przyjazd na Festiwal w Opolu w 1966 roku odwołał telegraficznie w ostatniej chwili, wprowadzając organizatorów w techniczne kłopoty. W następnych latach Szczepanik celowo będzie zrywał ze swoim wizerunkiem amanta piosenki i uciekał od sławy.
Zanim to jednak nastąpi, na jego artystycznej drodze pojawia się nowy projekt, estradowy program „Popierajmy się” współtworzony z Jackiem Fedorowiczem i Bohdanem Łazuką. Ten ostatni w swojej książce Przypuszczam, że wątpię opowiadał: „Jacek Fedorowicz zapoznał mnie z koncepcją swojej wędrownej trupy estradowej bodajże wiosną 1967 roku – Jacek, jako lider, miał ambicję, żeby nasza trupa była drugim po Wagabundzie […] teatrem objazdowym o pełnym standardzie. Właśnie tam debiutował jako satyryk”. W ramach „Popierajmy się” Łazuka, Fedorowicz i Szczepanik śpiewali wspólne utwory, m.in. Sposób na kobiety czy Ja z Lublina, ty z Lublina, ale także wykonywali własne repertuary – Łazuka i Szczepanik piosenki, a Fedorowicz satyryczne monologi.
Popularność programu była ogromna. Wiesław Wilczkiewicz, który w „Popierajmy się” występował jako instrumentalista, wspominał w książce Życie, bierz mnie: „Graliśmy mnóstwo koncertów. Rekord dzienny wynosił siedem. Śmialiśmy się, że pierwszy był dla nocnej zmiany tramwajarzy, o ósmej rano. Potem dziesiąta, dwunasta, czternasta, szesnasta, osiemnasta i dwudziesta. […] Graliśmy tak do 1978 roku i dlatego byliśmy niesamowicie zgrani”.
Piotr Szczepanik nie występował jednak z „Popierajmy się” do końca. Na początku lat 70. ograniczył artystyczną działalność, bo jego żona, Krystyna Wąsowska, zachorowała na białaczkę. „To się udawało opanować przez jakiś czas, ale potem choroba wybuchła bardzo gwałtownie – opowiadała w książce Szkic Hanka Fedorowicz, żona Jacka Fedorowicza i przyjaciółka Szczepaników. – Krysia zmarła, a on pod koniec musiał brać lekarstwo, żeby w ogóle móc funkcjonować”. Wąsowska miała zaledwie 28 lat. Jej odejście było dla Szczepanika wielkim ciosem.
Przyjaciele, w tym Fedorowiczowie, pomogli piosenkarzowi stanąć na nogi i przeprowadzić się do nowego, wiejskiego domu. Tam Szczepanik zaszył się na długie miesiące. W rozmowie z Moniką Gawryluk z Fundacji Być Więcej, wspominał po latach: „Gdy zostałem sam, nie mogłem się z tego otrząsnąć. Miałem potrzebę zmiany otoczenia. Sądziłem, że pomoże mi to zapomnieć o ciężkich przeżyciach. […] Żyłem w lesie ze zwierzętami, końmi, miałem też trzy czarne dożyce”.
Do śpiewania wrócił dopiero po roku. Kolejne lata jego działalności zdominowało sukcesywne zrywanie z dawnym wizerunkiem i wyciszanie popularności. Odtąd zajmował się coraz chętniej poezją śpiewaną. Wykonywał też romanse rosyjskie, którymi zachwycił się w czasie przerwy od występowania. Mówił, że literatura rosyjska „nie ubierała cierpienia w barokowe, wystylizowane formy; czasami była wręcz nokautująca, a on wówczas był bardzo otwarty na cierpienie”.
W roku 1979 Szczepanik zaliczył debiut filmowy. Wystąpił w telewizyjnej adaptacji Chama Elizy Orzeszkowej. W obrazie, wyreżyserowanym przez Laco Adamíca, wcielił się w główną rolę Pawła Kobyckiego. W latach 80. z kolei zwrócił się w stronę działalności opozycyjnej. Brał udział i pomagał w organizacji Festiwalu Piosenki Prawdziwej. Występował również ze swoimi recitalami w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej (wówczas w Kościele św. Trójcy na Solcu) i w innych kościołach w całej Polsce. Były to programy z pieśniami patriotycznymi i poezją śpiewaną, m.in. „Wizja 44”, „Madonny polskie”, „Modlitwa polska” czy „Pieśni. Poezja polskich powstań narodowych”, który Szczepanik wspominał szczególnie. W rozmowie z Moniką Gawryluk wspominał: „Matką tego projektu była Maria Janion. Podarowała mi swoją książkę, »Reduta. Romantyczna poezja niepodległościowa« z dedykacją, żebym to wszystko zaśpiewał. To było wielkie wyzwanie…”. Obecność Szczepanika okazała się też istotna w trakcie strajków w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku – artysta dołączył do protestu i udostępnił stoczniowcom swoje wzmacniacze i głośniki, dzięki którym nagłaśniano przemówienia i emitowano m.in. kazania Jana Pawła II.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Piotr Szczepanik, lata 80. XX wieku, fot. Krzysztof Wojciewski/Forum
Obrazek
Piotr-Szczepanik-forum-0428441436.jpg
Gdy po zmianach ustrojowych Lech Wałęsa objął urząd prezydenta, zaproponował Szczepanikowi posadę doradcy i szefa prezydenckiego Zespołu ds. Współpracy ze Środowiskami Twórczymi. W rozmowie z Teresą Torańską z książki My, muzyk wspominał: „Chciałem pomagać ludziom kultury i uważałem, że jak się tam znajdę, będę mógł zrobić coś dla nich pożytecznego. Dlatego zgodziłem się przyjąć to stanowisko”. Z funkcji zrezygnował jednak po kilku miesiącach.
W kolejnych latach koncertował, choć z mniejszą częstotliwością – zarówno z recitalami, jak i programami z poezją śpiewaną. W roku 2000 wydał samodzielnie w niewielkim nakładzie płytę Piotr Szczepanik: Guziki z poezją Mandelsztama, Baczyńskiego, Lechonia, Herberta, Gajcego, Staffa i Zagajewskiego. W roku 2006 wystąpił z kolei w reżyserskim debiucie filmowym Andrzeja Seweryna, Kto nigdy nie żył…. Zagrał w filmie ważną, choć epizodyczną, rolę przeora klasztoru. O powodach tej obsadowej decyzji mówił mi sam Seweryn: „Zaproponował go chyba Strzembosz [Maciej Strzembosz, autor scenariusza – przyp. aut.]. Szukaliśmy nowych twarzy, innych niż aktorskie. To był człowiek duchowo bardzo głęboki i to pewnie widać na ekranie”. W 2012 roku Szczepanik pojawił się jeszcze jako epizodysta w filmie Mój rower Piotra Trzaskalskiego. Na tym jednak jego filmowa ścieżka się zakończyła.
Na przestrzeni lat Piotr Szczepanik został uhonorowany szeregiem odznaczeń państwowych. W 2016 roku otrzymał Złoty Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Został również odznaczony Krzyżem Oficerskim (2008) i Komandorskim (2020, pośmiertnie) Orderu Odrodzenia Polski. W ostatnich latach życia rzadko udzielał się publicznie ze względu na pogarszający się stan zdrowia. Zmarł w podlubelskim Jastkowie 20 sierpnia 2020 roku. Został pochowany na Starych Powązkach w Warszawie.