Wystawa pierwotnie miała nosić tytuł "To, co jest", dobrze oddający zarówno stosunek Kamojiego do rzeczywistości – czy postawę charakterystyczną dla kultury japońskiej jako takiej, zdaniem Kamojiego opartą na akceptacji zastanego świata – jak i charakter samej retrospektywy, nie próbującej rekontekstualizować dorobku twórcy, przykładać do niego nowych narzędzi interpretacyjnych czy akcentować jednych wątków kosztem drugich. Kamoji właściwie przeniósł w tym przypadku metodę pracy nad pojedynczymi rysunkami, obiektami czy instalacjami na skalę całej wystawy, pozostając oszczędnym w środkach i ograniczając się do tego, co kluczowe.
Twórczość Kamojiego, od końca lat 50. nieustannie funkcjonującego w Polsce, związanego ze środowiskiem Galerii Foksal, zaprzyjaźnionego m.in. z Henrykiem Stażewskim, przez dekady pozostawała rozpięta między tradycjami zachodniego modernizmu i odniesieniami do kultury, kategorii estetycznych i filozofii rodzimej Japonii. Późne prace artysty, powstałe już w XXI wieku, coraz wyraźniej przechylają się ku tej drugiej stronie, jakby po kilku dekadach oddalenia Kamoji czuł coraz intensywniej potrzebę sięgnięcia do źródeł. Sięga do nich jednak świadomie z perspektywy zakorzenionego silnie w Polsce migranta – nie bez powodu na wystawie "ukiyo-e" w Muzeum Podlaskim w Białymstoku i Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie podjął się zadania wejścia w dialog z tradycją drzeworytów, które po otwarciu się Japonii na świat w epoce Edo zachwyciły zachodnich, w tym polskich artystów i odcisnęły niezwykle mocne piętno na postimpresjonistycznym malarstwie.
Jednocześnie twórczość Kamojiego trudno podzielić na konkretne rozdziały zamykające się w określonych przedziałach czasowych. Jednym z elementów wyniesionych przez artystę z rodzimego kontekstu kulturowego jest postrzeganie czasu jako kolistego raczej niż linearnego, co przekłada się nie tylko na treść prac, ale i na sam sposób pracy artysty. Kiedy w rozmowie z Wiesławą Wierzchowską w roku 1996 Kamoji stwierdzał, że nie myśli o swoje praktyce w formie liniowego rozwoju, ale sięga w głąb, nie rzucał słów na wiatr. Czasem owo sięganie w głąb przybiera postać dosłowną, kiedy artysta wydobywa z archiwów rozpoczęte i porzucone, by niespodziewanie, po kilku dekadach, je dokończyć.