"Szyfry" Wojciecha Jerzego Hasa weszły na ekrany polskich kin w Boże Narodzenie 1966 roku. Recenzje, akcentujące schyłkowy, wizyjno-widmowy charakter filmu, zdążyły ukazać się tuż przed tragiczną śmiercią Zbigniewa Cybulskiego, grającego tu jedną z głównych ról.
19 grudnia 1966 roku w "Dzienniku Polskim" ukazała się relacja z przedpremierowego pokazu filmu w klubie "Pod Jaszczurami" zakończonego spotkaniem z Hasem, scenarzystą i autorem literackiego pierwowzoru Andrzejem Kijowskim oraz Cybulskim – jak donosił autor notatki, Ryszard Taedling, na widowni z kolei mieli być widziani Jan Błoński i Stanisław Lem.
GŁOS (bardzo młody) – Może by już starczyło tej wojny?! Ciągle w filmie wojna i wojna, czy panowie są dumni, że w niej brali udział?!
(na sali lekka konsternacja)
ANDRZEJ KIJOWSKI – Wydaje mi się, że "Szyfry" pokazują drogę pozbywania się wojennych obsesji. Została przecież odjęta cała heroizacja wojennego mitu… Tu są tylko dzieci błąkające się wśród koni…
Wielokrotnie jeszcze studencka młodzież wracała się z pretensjami do panów w średnim wieku. Dlaczego męczą ją wojennymi obsesjami? Czy nie widzą, że między gitarą a Bonanzą zabrakło miejsca na te obce, cudze sprawy?
Nawet w tym urywku relacji splata się kilka ważnych wątków z historii "Szyfrów": filmu trochę pechowego, przez krytyków przyjętego raczej pozytywnie, ale z pewnymi zastrzeżeniami, dzieła w filmografii Hasa schowanego pomiędzy "Rękopisem znalezionym w Saragossie" i superprodukcją "Lalki"; tematycznie, konstrukcyjnie pozostającego w cieniu "Jak być kochaną"; wśród filmów Hasa wymienianego raczej na drugim oddechu. A w końcu także filmu, którego jeden z głównych aktorów, obecny na spotkaniu "Pod Jaszczurami" Zbigniew Cybulski, zginął tragicznie dwa tygodnie po premierze – kiedy to większość recenzji, pochylających się nad rolą "drugiego Maćka", zdążyło się już ukazać.
Wyrażone przez młodą publiczność "zmęczenie wojną", które przywołałam, towarzyszyło filmowi od początku – tak naprawdę jeszcze na etapie powstawania scenariusza. Jan Alfred Szczepański na obradach Komisji Ocen Scenariuszy 18 maja 1965 roku nazwał tekst wręcz "epigońskim", skądinąd zestawiając go z innym filmem o nieudanym poszukiwaniu prawdy na temat wojennego epizodu, "Echem" Stanisława Różewicza.
Kiedy "Szyfry" weszły na ekrany, nie tylko anonimowe głosy z sali studenckiego klubu podnosiły kwestię zmęczenia tematyką wojenną, wrażliwością i obsesjami Szkoły Polskiej.
Text
Stąd pytanie: co by było, gdyby Has nakręcił "Szyfry" w 1959 r.? Jaka byłaby wówczas nasza reakcja? Nie umiem odpowiedzieć. Myślę jednak, że mimo naiwnoś[ci] nie jest to pytanie bezzasadne, że warto je sobie zadać. W każdym razie sądzę, że Kijowski i Has nie są jedynymi sprawcami owej martwoty "Szyfrów", że i my mamy w tym mimowolny udział.
Tak pisał Roman Zimand (publikujący pod skrótem "Hiv.") na łamach "Argumentów" (15.01.1967) w recenzji pod wiele mówiącym tytułem "Podzwonne Szkoły Polskiej".
Andrzej Kijowski przełożył swoją nowelę/mikropowieść "Szyfry" wiernie, przynajmniej na płaszczyźnie akcji, postaci i dialogów: emigrant Tadeusz (Jan Kreczmar), wojskowy, weteran frontu zachodniego, po dwudziestu kilku latach przyjeżdża do Krakowa, by zobaczyć swoją rodzinę po raz pierwszy od 1939 roku i przeprowadzić na własną rękę śledztwo w sprawie zaginięcia młodszego syna, zabranego z mieszkania przez żołnierzy niemieckich w ostatnim półroczu okupacji. Ze świadectw kolejnych osób wyłania się obraz wypadków niespójny i gorzki, pełen białych plam, urwanych wątków, zdrady, banału i pechowych zbiegów okoliczności. Realistyczną konwencję – jest to jeden z mniej barokowych, mniej zagraconych "Hasów" – rozbijają raz po raz sceny wizyjne. Czasem jest to pociąg pełen półmartwych, nieruchomych postaci; czasem dziecko w wieku komunijnym, ze świecą, postać-wspomnienie ze starej fotografii.
Komisja Ocen Scenariuszy wyrażała konsternację. Stanisław Trepczyński, współpracownik Władysława Gomułki, twierdził, że można się tu pogubić, nie wiadomo, kto ile ma lat, a poza tym, "normalny chyba człowiek nie nosiłby się z taką przeszłością przez tak długi okres czasu". Wilhelm Mach brał scenariusz w obronę z oryginalnej strony: "żyjemy w Warszawie, gdzie o wielu sprawach zapominamy po prostu szybciej. Zapominamy także szybciej o przebiegu wojny. […] Warszawa jest przecież miastem niezwykle silnie aktywnym, miastem młodym. W Krakowie już jednak zagadnienia te będą przebiegały zupełnie inaczej, i tu w tym odcinku, scenariusz jest bardziej prawdziwy". Stanisław Wohl narzekał na dialogi, plączące się, za długie. Has odpowiadał, że lubi mieć nadwyżkę dialogów, aby w nich potem przebierać; Kijowski przyznał, że sam jest skonfundowany – konfuzją członków komisji.
To symptomatyczne zarzuty – każdy z nich można obrócić na drugą stronę i zauważyć w nich refleksy konkretnej i świadomej estetyki. Przeniesiony na ekran scenariusz – mocno skrócony – rzeczywiście w swoich "realistycznych" sekwencjach bywa "za długi"; w dialogach zagęszczają się ważne dla zrozumienia akcji detale, widzowie zostają wrzuceni w środek skomplikowanych relacji między postaciami na co najmniej dwóch, jeśli nie trzech, płaszczyznach czasowych.
Text
Właściwie "chodzenie" w filmach rozpoczęło się już od "W samo południe" Zinnemanna. Uczynił je metodą Resnais, a celebrował na dobre Robbe-Grillet w "Nieśmiertelnej". "Chodzą" także bohaterowie filmów polskich, że przypomnę chybione "Weekendy" i w gruncie rzeczy niezły film Kutza – "Ktokolwiek wie". "Chodzonym" filmem można nazwać także najnowszy obraz Wojciecha Hasa – "Szyfry"
– pisał recenzent "Głosu Szczecińskiego" (26.12.1966). Są w końcu lata 60., epoka dryfującego modernizmu kina powojennego. "Szyfry" mają w sobie też coś z matrycy filmu noir – poszukiwanie zaginionej osoby jako oś akcji, strukturę polegającą na przesłuchiwaniu kolejnych postaci, dopytywanie, nadwyżkę słowa. To "przegadanie" jest oczywiście nieprzypadkowe – główne napięcie "Szyfrów" wynika nie tyle z pytania o śmierć nastoletniego Jędrka, co komunikacyjnej przepaści pomiędzy weteranem frontu zachodniego i emigrantem a polskim (jeśli mamy być dokładni – krakowskim) doświadczeniem okupacji hitlerowskiej.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Szyfry", reż. Wojciech Jerzy Has, 1966, fot. Magda Julian / WFDiF / Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny / fototeka.fn.org.pl
Obrazek
szyfry-1-f-2648-60-1500x-2.jpg
Maria Kornatowska ("Odgłosy", 5.02.1967) w kontrowersyjnych, wizyjnych partiach filmu widziała właśnie ironię wobec tego komunikacyjnego zatoru, niemożności wytłumaczenia sobie przeciwstawnych doświadczeń, także pokoleniowych:
Text
W obu filmach ["Szyfrach" i "Jak być kochaną" – przyp. KC] chodzi bowiem o skonfrontowanie zmitologizowanej, irracjonalnej niemal wizji wojny z jej brutalną, ale szarą i monotonną w swej codzienności rzeczywistością.
[…]
Has podejmuje ambitnie zakrojoną polemikę z określonym widzeniem historii i narodowego posłannictwa zaszczepionym nam dosyć głęboko przez romantyzm. Bohater filmu, zawodowy oficer, dla którego wojna była po prostu starciem się wrogich wojsk, zna dzieje okupacji wyłącznie z literatury i martyrologicznych wydawnictw. Jego wyobraźnia snuje więc "ogromne" wizje w których zdjęcia z okolicznościowych albumów mieszają się z malarstwem Grottgera, symboliką trzech wieszczów, apokaliptyczną scenerią Wyspiańskiego.
U innych recenzentów estetyczna nadwyżka, "gadatliwość" rozbijana przez sekwencje wizyjne wywoływała zarzut może nie tyle epigoństwa, co "martwoty". "Ten film nie jest zły – jest martwy", pisał cytowany już Zimand na łamach "Argumentów". Eberhardt, którego książka o Hasie miała wyjść chwilę później, w 1967 roku, kończąc się właśnie na "Szyfrach", pisał o filmie przejmująco – tylko po to, by chwilę później nazwać film nieudanym, "dotkniętym paraliżem" ("Film", 1.01.1967).
Te różne pozycje, pomimo różnic w ocenie, łączy jedno: poczucie schyłku, jakiegoś obcowania z duchami, momentu granicznego. Z jednej strony Jan Kreczmar, w pierwszej dużej roli na powojennych ekranach, z drugiej – Cybulski w roli chłopaka imieniem Maciek. Dwie aktorskie techniki, których jednak nie daje się do końca ustawić jako pojedynek starego z nowym: to twarz weterana dla młodszej publiczności będzie "nowa", a "młody" już przecież wcale nie jest "młody", lecz raczej zmęczony, zrezygnowany. Dorota Karaś w swojej biografii Cybulskiego sugeruje zresztą, że publiczność jest już wtedy zainteresowana kolejnym pokoleniem aktorów (Olbrychskim, Kowalskim, Zelnikiem) i "nie chce oglądać kolejnych wersji życiorysów Chełmickiego" (Karaś 2016, s. 338). Co krytycy akurat oczywiście lubią, czytając "Szyfry" jako następny komentarz do "Popiołu i diamentu", chociaż znów – mniej ostry i demaskatorski niż "Jak być kochaną", a bardziej wyblakły, bardziej zwyczajny.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
"Maciek to bliski krewny Maćka z «Popiołu i diamentu», takim mógłby być tamten Maciek w dwadzieścia lat po wojnie, gdyby przeżył", pisze "Głos Wielkopolski" (31.12.1966). "Cybulski. Niezmieniony, z okularami i zmierzwionym włosem, który już raz! Ale ta jego rola, będąc podobna do tylu poprzednich, jest zarazem zupełnie inna. Aktor pozbawił mit, który od lat stworzył [sic], nareszcie retoryki", pisał entuzjastycznie Aleksander Jackiewicz w "Życiu Literackim". To numer z 8 stycznia 1967 roku. Kiedy tekst idzie do druku, Cybulski jeszcze żyje; kiedy trafia w ręce czytelników, jest niedziela, już po tragicznym wypadku na wrocławskim dworcu. Większość recenzji "Szyfrów" zdążyła się już ukazać; diagnozy schyłku, tak jak podsumowania, wyczerpania, czyta się dziś jak omen tragicznej śmierci aktora ucieleśniającego całą epokę w historii polskiego kina.
Kilka lat później, tym razem po śmierci Jana Kreczmara w sierpniu 1972 roku, Konrad Eberhardt błyskotliwie oplecie swoje wspomnienie o aktorze wokół starcia ze sobą dwóch typów aktorstwa na planie "Szyfrów". "To film, który niedługo gościł na ekranach, nie miał najlepszej prasy – napisze – możliwe, że trochę go nie doceniliśmy".