Choć powojenna historia Polski jest najczęstszym tematem dokumentów tworzonych z udziałem archiwów, na niej nie kończą się obszary poszukiwań nadwiślańskich filmowców. Jednym z najbardziej spektakularnych polskich dokumentów zbudowanych z archiwalnych materiałów było bowiem "Powstanie Warszawskie" Jana Komasy, dokument zrealizowany w 2014 roku i zmontowany z fragmentów kronik wojennych rejestrowanych w Warszawie w 1944 roku.
Filmowa opowieść o tragedii powstania budziła jednak pewne kontrowersje – oto bowiem twórcy (także producenci z Muzeum Powstania Warszawskiego) zdecydowali się stworzyć quasi-fabularną narrację, która ożywić miała archiwalne materiały i tchnąć w nie życie. Ujęcia stającej do walki stolicy oglądaliśmy więc z perspektywy młodych ludzi, których głosy – dopisane przez twórców i nagrane w studio – dopowiadać miały to, co widzieliśmy na ekranie. Ten formalny zabieg, którego celem było uczynienie filmu atrakcyjniejszym dla młodego widza, w kontekście tragicznej historii powstania wielu wydał się moralnym i artystycznym nadużyciem, rodzajem przekroczenia, które kwestionowało dokumentalny charakter tego obrazu.
Kontrowersji nie było natomiast w przypadku innego found footaage’owego dokumentu o polskiej historii. W "Po-lin. Okruchach pamięci" Jolanta Dylewska, wybitna operatorka i dokumentalistka, opowiadała bowiem o świecie przedwojennych polskich Żydów, korzystając z archiwalnych materiałów, krótkich filmów realizowanych przez filmowców-amatorów.
Film Dylewskiej był kontynuacją fotograficznego projektu zapoczątkowanego w połowie lat 90. przez Fundację Shalom, która ze zdjęć przedstawiających codzienne życie żydowskiej wspólnoty przed wojną stworzyła album "I ciągle widzę ich twarze". Reżyserka "Po-lin…" także odtwarza w swym filmie codzienną rzeczywistość tamtej społeczności, przypominając o czasach, w których Żydzi stanowili dużą część polskiego krajobrazu kulturowego.
W rozmowie ze Stopklatką Dylewska mówiła:
Niektóre z tych filmów były już znane wąskiej publiczności, część została już użyta w innych filmach. Najczęściej sięgano po te fragmenty, które są doskonałe technicznie. Filmy z Kałuszyna były kręcone z prędkością 6 klatek na sekundę, szybko migały przed oczami i trzeba je było ustabilizować. Niektóre taśmy były zniszczone, wyblakłe lub zbyt kontrastowe. Ich stan techniczny zniechęcał. Ale przede wszystkim była jedna rzecz, która budziła moją niezgodę: tych filmów używano w sposób bardzo ilustracyjny. Z reguły wtedy, gdy mówiło się o Zagładzie. Jest w tym jakaś niesprawiedliwość, że gdy mówi się »polski Żyd«, od razu gdzieś pod powiekami mamy ujęcia takich umęczonych, zdegradowanych ludzi. To najczęściej zdjęcia wykonywane przez nazistów. Rzadko pamiętamy, że Zagłada trwała kilkanaście miesięcy, a współżycie Polaków i Żydów kilkaset lat. I tu tkwi olbrzymia niesprawiedliwość: Żyd kojarzy się ciągle z kimś upodlonym. Poczułam, że w pracy nad »Po-lin« tkwi szansa zadośćuczynienia".
Jej film stał się triumfem życia, zapisem jego codziennych rytuałów i zwyczajności. Zrealizowane w 2014 roku "Po-lin…" jest dziś z pewnością jednym z najważniejszych i najśmielszych polskich dokumentów found footage i dowodem na to, że dla współczesnych twórców wizyta w filmowych archiwach może być początkiem fascynującej artystycznej przygody. Dokumentalne opowieści Macieja Drygasa, Tomasza Wolskiego, Michała Bielawskiego i Jolanty Dylewskiej pokazują ponadto, że także na polu dokumentu przetworzenie bywa aktem kreacji, a oglądane i interpretowane po latach archiwalne materiały potrafią odkrywać nieznane wcześniej oblicze.