Nie ma tu wielkich spraw wagi państwowej. Nikt nie walczy tu z komuną, a bohaterowie uchwyceni przez milicyjne kamery nie wyglądają na braci broni Wałęsy, Modzelewskiego czy Gwiazdy. To zwykli ludzie borykający się z codziennymi niedostatkami i systemowymi ograniczeniami. W jednej z pierwszych scen filmu ojciec dzwoni do córeczki, żeby przypomnieć jej o zrobieniu kanapki młodszemu rodzeństwu, a chwilę później opryskliwa telefonistka z łaską obsługuje dzwoniącą klientkę. W "Zwyczajnym kraju" trwa zwyczajne życie.
Ale nastrój filmu Wolskiego szybko tężeje, a miejsce niewinnych obserwacji zajmują bardziej niepokojące obrazy. Oto jeden z milicjantów przesłuchuje kobietę w średnim wieku, której mąż pracuje w Żegludze Oceanicznej. Chce wiedzieć, ile pieniędzy dostawała od męża, ile kostek masła kupuje, jak często je mięso i jaki rodzaj wędlin wybiera w sklepie. Kobieta wylicza kolejne wydatki, ale przesłuchujący ją mężczyzna doskonale zna odpowiedzi – to on przypomina, że pralka kosztowała 1800 złotych, a mąż nielegalnie przywiózł też bluzeczki na handel. Bo w świecie portretowanym przez Wolskiego informacja oznacza władzę. W tym przypadku – władzę absolutną.
Reżyser "Lekarzy" umiejętnie miesza tonacje. Po scenach budzących grozę i uświadamiających stopień inwigilacji, sięga po fragmenty humorystyczne – tu facet próbuje nielegalnie kupić Pekińczyka, a inny – sprowadzić z zagranicy maść na hemoroidy. Wolski dobrze się bawi, łącząc humor z powagą. Choćby wtedy, gdy czyni nas świadkami rozmowy dwóch krewniaków, z których jeden jakiś czas temu wyjechał z Polski. Po krótkim small talku, na jednym oddechu wypowiadane są słowa: "Ckni mi się za wami. Słuchaj, czy jesteście w stanie pomóc gotówkowo?".