Nieobecność filmów reżyserek w festiwalowej szesnastce nie jest jedynym znakiem problemu, jakie polskie kino ma z kobietami. Tymi za kamerą i tymi na ekranie.
41. Festiwal Filmowy w Gdyni boleśnie obnażył prawdę o mizoginii rodzimego kina. Zaledwie w pięciu filmach prezentowanych w Konkursie Głównym oglądaliśmy świat oczami kobiet: w "Falach" Grzegorza Zaricznego, komedii romantycznej "Planeta Singli" Mitji Okorna, "Zjednoczonych Stanach Miłości" Tomasza Wasilewskiego, "Zaćmie" Ryszarda Bugajskiego oraz "Wołyniu" Wojtka Smarzowskiego. Pozostałych jedenaście historii to opowieści o męskich przygodach, wyzwaniach i życiowych wyborach.
"Przyszłam na świat po to, aby kochać ciebie"
Ale największym problemem rodzimego kina nie jest ilościowa nierówność płci, lecz sposób myślenia filmowców o kobiecych postaciach. Te ostatnie są ozdobami wielkiego ekranu, tłem, na którym lepiej wyeksponować można złożoność głównego bohatera, obiektem westchnień lub przedmiotem erotycznych fascynacji. Nie potrzebują osobowości, ale urody, seksapilu i ciepła.
Przyjrzyjmy się choćby drugoplanowym rolom kobiecym, które mogliśmy oglądać podczas festiwalu w Gdyni. W filmie "Las, 4 rano" są aż dwie – pierwsza to nastoletnia dziewczynka, druga zaś to prostytutka (Olga Bołądź) pracująca przy jednej z leśnych wylotówek. Ma "serce ze złota i miniówkę z Carrefoura", można by powiedzieć, parafrazując Pablopavo. Nie ma natomiast własnych problemów, ani życiowych wyzwań, a jedynym sensem jej obecności na ekranie są rozmowy umilające czas głównemu bohaterowi granemu przez Krzysztofa Majchrzaka.

Plan zdjęciowy filmu "Las. 4 rano" w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego, fot. materiały promocyjne
Idźmy więc dalej, do "Szczęścia świata" Michała Rosy, filmu rozczulająco nieświadomego własnego seksizmu. W pięknej kamienicy na Śląsku żyje sobie kilka rodzin. Jest zła matka (Agata Kulesza), jej szalona siostra (Dorota Segda), jest nierozumiejąca żona (Barbara Lubos) i ONA – piękna Żydówka (Karolina Gruszka), tytułowe szczęście świata. Nie ma osobowości, ale ma przestronne mieszkanie i tyle seksapilu, że wystarcza dla wszystkich zakochanych w niej mężczyzn. Niektórych zaprasza do swojej sypialni, innych jedynie omiata spojrzeniem, które topi serce. I właśnie to zapewnia jej status "szczęścia świata" (tak mówi o sobie w jednej ze scen). Bo szczęście świata według Rosy jest szczęściem mężczyzn. Kobiety to ledwie niesympatyczne tło albo erotyczna fantazja.

Wojciech Smarzowski i Michalina Łabacz (Zosia), na planie filmu "Wołyń", fot. Krzsztof Wiktor / Film it
"Przyszłam na świat po to, aby kochać ciebie, ty jesteś moim słońcem, a ja twoim niebem" – mogłyby za Korą z Manaamu zaśpiewać kobiece bohaterki polskiego kina. Mogłyby, gdyby dostały prawo głosu, bo i ono nie zawsze zostaje im przyznane przez reżyserów. Kobiety w nadwiślańskim kinie są zazwyczaj dodatkiem – obiektem seksualnej fascynacji ("Czerwony pająk", "Szczęście świata"), odskocznią ("Kamper") lub rekwizytem potrzebnym mężczyźnie na pewnym etapie jego dojrzewania ("Wszystkie nieprzespane noce"). Zadziwiająco często padają za to ofiarami seksualnej (choć nie tylko tej) przemocy – w "Lesie, 4 rano" Kolskiego, "Placu zabaw" Kowalskiego, "Sługach bożych" Gawrysia, "Czerwonym pająku" Koszałki, "Wołyniu" Smarzowskiego i "Jestem mordercą" Pieprzycy.
"Niekochana, taki los"
Kiedy kobieta w polskim kinie wychodzi z cienia, to niemal zawsze po to, by szukać miłości. Cóż innego mogłaby robić?
Bohaterka romantycznej "Planety Singli" szuka swojej drugiej połówki na randkowym portalu, niespełniona żona z "Kampera" – u znanego kucharza-celebryty, a bohaterka "Szczęścia świata" w ramionach jedynego mężczyzny odpornego na jej uroki.
Także w obsypanym nagrodami filmie Tomasza Wasilewskiego "Zjednoczone Stany Miłości" mieszkanki szaroburego osiedla w szaroburych czasach transformacji pragną miłości. Pani po pięćdziesiątce chce uczucia swej młodej sąsiadki z naprzeciwka, ta zaś tęskni za mężem, który wyjechał na saksy. Jej siostra od lat jest kochanką lekarza, który wprawdzie owdowiał, ale nie spieszy mu się do nowego związku, a niespełniona mężatka pożądliwym okiem łypie w stronę młodego księdza. Innych problemów nie mają. Bo też w polskim kinie kobiece postaci nie są po to, by miały problemy i życie, mają mieć cel – zdobycie miłości.
Cele męskich bohaterów są nieco bardziej różnorodne. Gliniarz w "Sługach bożych" próbuje rozwiązać śledztwo, młody chłopak w "Czerwonym pająku" chce mordować ludzi, nastolatek z "Królewicza Olch" próbuje wygrać konkurs dla młodych fizyków, jego rówieśnicy z "Na granicy" Kasperskiego chcą przeżyć męską przygodę, a hipsterzy z "Wszystkich nieprzespanych nocy" sami nie wiedzą, czego chcą, ale zupełnie nie przeszkadza im to w wygłaszaniu pretensjonalnych tyrad. Niezależnie od tego, jak niedoskonałe są te filmowe postaci, większość z nich ma osobowość, marzenia i życiowe plany. I tylko czasem dotyczą one miłości.
Tymczasem kobiety niemal w komplecie walczą o uczucia. Wśród filmów tegorocznej Gdyni jedynie kilka opowiadało o kobietach uczestniczących w innych bitwach – bohaterka "Wołynia" zmuszona była walczyć o przetrwanie, a Julia Brystygierowa w nieudanej "Zaćmie" Ryszarda Bugajskiego – o oczyszczenie sumienia i znalezienie więzi z Bogiem. Tyle. Trochę mało, jak na szesnaście konkursowych filmów.