Warszawska Zachęta pamięta wiele zamachów na wystawiane w gmachu prace. W tym przypadku "wszystko już było" – nawet słynna szarża uzbrojonego w szablę Daniela Olbrychskiego na "Nazistów" Piotra Uklańskiego nie była pierwszym spektakularnym zamachem na dzieło z użyciem broni białej. Ponad sto lat wcześniej równie bezpardonowo potraktowany został "Szał uniesień", tyle tylko, że przez samego autora. 24 kwietnia 1894 roku Władysław Podkowiński wszedł do Zachęty, poprosił o drabinę, przystawił ją swojego najsłynniejszego dziś obrazu, po czym kilkunastokrotnie ciachnął płótno nożem.
Powody nigdy nie zostały do końca wyjaśnione, choć spekulowano, że zamach nie miał nic wspólnego z odbiorem dzieła (poza nieodzownymi bigoteryjnymi sarknięciami oburzenia, w większości pozytywnym), a z relacją malarza i pierwowzoru malarskiej bohaterki. Postać nagiej kobiety w ekstazie uczepionej grzbietu ogromnego czarnego rumaka miała być wzorowana na nieszczęśliwej miłości artysty, ziemiance Ewie Adolfie Kotarbińskiej. Jeśli dawać wiarę relacjom wskazującym na ten motyw, to sublimacja uczuć w samym akcie malowania okazała się niewystarczająca, a malarz musiał podwójnie "zabić tę miłość". Według Heleny Kiniorskiej: "Rodzina osoby, w której się nieszczęśliwie kochał, dopatrywała się podobieństwa jej z kobietą z "Szału" i w ostrych słowach potępienia zwróciła się do Podkowińskiego. Ten, nie znosząc nagany i pełen, jak zawsze, dumy... obraz zniszczył". Sam malarz nakierowywał na podobne interpretacje, mówiąc, że obraz podobał się publiczności, ale gdy wystawa dobiegała końca, zamiast zwijać płótno, wolał "skonstatować zawód doznany, zawód całkiem indywidualny".
Na motyw ten wskazuje nieprzypadkowe wymierzanie ciosów przez malarza – w ikonoklastycznym uniesieniu Podkowiński ciął przede wszystkim twarz namalowanej kobiety. Moment pocięcia obrazu opisywał zaś z emfazą dorównującą emocjonalności samego przedstawienia: "Chwila była piekielna. Rozdzierane płótno wydawało głos podobny do krzyku. A gdy w otworze, na kilka łokci długim, błysnęło białe drzewo rusztowania, strach mię zdjął… bo podobne to było do kości, bielejących w rozpłatanym trupie." Gdyby całe zdarzenie miało być rodzajem misternej akcji promocyjnej, udałoby się świetnie – obraz, który przez ponad miesiąc trwania wystawy w Zachęcie nie znajdował nabywcy, w stanie zniszczonym zaczął przyciągać kupców, którzy oferowali malarzowi pokaźne kwoty. Podkowiński jednak nigdy go nie sprzedał. Uszkodzenia naprawiono dopiero po jego śmierci.