Ilona Wiśniewska, "Migot. Z krańca Grenlandii"
Okładka książki Ilony Wiśniewskiej, "Migot. Z krańca Grenlandii", fot. wydawnictwo Czarne
Północ Ilony Wiśniewskiej nie jest ani przesadnie romantyczna, ani groźna. Ma za to w sobie coś hipnotyzującego, co nie pozwala przejść obok niej obojętnie, lecz dyskretnie wciąga w jej głębsze warstwy. Tym czymś jest język, za pomocą którego reporterka oswaja niedostępny świat: liryczny, ale zarazem skrystalizowany, dotykający sedna historii, opiekuńczy i uważny, dyskretnie uzależniający. Bardzo dobrze kontrastujący z surowością prezentowanego miejsca. Nie chodzi zresztą wyłącznie o język literatury, lecz także fotografii, które towarzyszą opowieści i wzmacniają jej przekaz. Aparat fotograficzny niejednokrotnie staje się w rękach autorki medium służącym rozmowie albo przepustką do wnętrza jej bohaterów. Z każdą kolejną książką Wiśniewska wnika głębiej w opisywaną rzeczywistość, odkrywając przed czytelnikiem motywacje postaci, łączące je więzi, relacje człowieka z naturą. Jednocześnie patrzy szerzej na pewne zjawiska, jak chociażby katastrofa klimatyczna, wynosząc je poza sferę opowieści z Północy.
Jej czwarty reportaż, a drugi traktujący o grenlandzkiej wyspie, to udana próba odejścia od czułej obserwacji na rzecz doświadczenia, porzucenia naiwnej ciekawości dla akceptacji i zrozumienia. "Migot" jest zapisem z wewnątrz społeczności Inughuitów, zwanych polarnymi Inuitami, najbardziej północnego rdzennego ludu świata. Wiśniewska łapie rytm codzienności, otwiera się na historię, tradycję i kulturę, wsłuchuje się w samotność. Oddaje głos mieszkańcom Qaanaaq i Siorapaluk, ale także ich gestom, spojrzeniom, a nawet znaczącej ciszy, której na Północy nie należy przerywać. Reporterka pokazuje, jak należy kadrować opowieść, by uzyskać syntetyczny obraz, nie tracąc szczegółów.