Prawdziwą perłą filmowego cringe’u lat 90. był natomiast "Wirus" Jana Kidawy Błońskiego, zrealizowana w 1996 roku sensacyjno-erotyczna opowieść o hakerze terroryzującym Polskę z użyciem komputerowej dyskietki.
Największe gwiazdy dekady na czele z Cezarym Pazurą, Janem Englertem i Olafem Lubaszenką, już doświadczony, a wciąż zapowiadający się reżyser i operatorskie oko Andrzeja J. Jaroszewicza osławionego współpracą z A. Żuławskim nie uratowały "Wirusa" przed samozniszczeniem. Trudno bowiem znaleźć obraz, który na tak niewielkiej przestrzeni zdołałby pomieścić niemal wszystkie grzechy krindżowego kina lat 90., a nawet sporo więcej.
U Kidawy-Błońskiego Cezary Pazura nosił karykaturalnie bujne, rude bokobrody, a Tomasz Sapryk – długie czarne włosy (na gorszą perukę musiał czekać aż do "Święta ognia"). Kobiety były tu ozdobami i seksualną atrakcją, w łóżku kochankom towarzyszył kilkumetrowy wąż boa (który – co chyba ważne – nie lubił słuchać Chopina), a w jednej z erotycznych scen rytmicznie unoszący się tyłek Tomasza Sapryka tworzył osobliwą… figurę inscenizacyjno-operatorską. Nie mogło zabraknąć eksplozji (a wybuchało tu wszystko – od komputera po pociąg), mizoginicznej przemocy, bezsensownych strzelanin i mięsistych, męskich dialogów ("Policja, jesteście aresztowani! – A wy jesteście martwi!").
Wszystko to w duchu amerykańskiego kina popularnego: Paulina Młynarska zakładała nogę na nogę niczym Sharon Stone w "Nagim instynkcie", śnieżny pług niczym w Spielbergowskim "Pojedynku na szosie" taranował poloneza prowadzonego przez dyrektora jednego z banków, a Cezary Pazura i Jan Englert tworzyli duet godny c-klasowej podróbki "Ściganego". Nonsens gonił nonsens, inscenizacja wołała o pomstę do bogów X muzy, a jedynym zabawnym elementem była animacja wykonana przez filmowego hakera, w której animowany Lech Wałęsa ostrzegał, że jeśli skasujemy wirusa, powrócą komuniści.
O tym, jak dziwacznym i złym projektem był "Wirus", świadczyć mogą słowa Cezarego Pazury, który pytany niedawno o moment, gdy naprawdę poczuł, że jego kariera może być zagrożona, wymieniał właśnie film Kidawy-Błońskiego. I choćby dlatego warto powrócić do tego zaskakująco przyjemnego filmowego koszmaru.
"Operacja koza" czyli zamiana płci