Przyczyną tego antysemickiego ataku miało być oszustwo dokonane przez jednego z żydowskich uczniów szkoły, jak opisywał wierny wyznawca Matejki i sekretarz SSP Marian Gorzkowski, nie precyzując jednak na czym konkretnie polegało; tak czy inaczej, nie tłumaczy ono podszytego jawną niechęcią ataku na społeczność żydowską.
Aleksander Świętochowski ostro występował przeciwko tym słowom: "to nieludzko, to nieszlachetnie, to nie przystoi półbogom", kwitował. Repliką na atak dyrektora był list otwarty opublikowany w "Czasie". "Słowa wychodzące z ust tak poważnych oddziaływają niekorzystnie i na młodzież całą, bo odbijając się tysiąckrotnym echem każą pojęcia młodego pokolenia i sieją ziarno nienawiści i pogardy ku kolegom", pisali jego sygnatariusze.
Na protesty Matejko odpowiedział pozwem wobec jednego z żydowskich finansistów, Leona Eibenchütza – spotkawszy Gorzkowskiego, miał on określi Matejkę mianem "łajdaka" (sam Eibenchütz przed sądem sprawę tłumaczył inaczej). Na list z kolei – własną publikacją, a właściwie wydaną swoim sumptem mową swojego prawnika.
Tym ostatnim był Józef Mochnacki, który sam zaproponował Gorzkowskiemu wytoczenie sprawy przeciwko Eibenchützowi, pro bono. Co prawda Matejko przed sądem wygrał – zasądzono grzywnę – jednak adwokat na tym nie poprzestał. Wspomniana mowa wydana przez Matejkę była tak otwarcie antysemickim pamfletem, że prokuratura skonfiskowała niemal cały jej nakład. Kilka egzemplarzy przechował i dystrybuował Gorzkowski. Dość powiedzieć, że Mochnacki pisał w niej na przykład, że "wszędzie i po wszystkie czasy żydzi degradowali sztuki piękne, czyniąc z nich spekulację najbrudniejszą".
Eibenchütz replikował: "W taki sposób w Polsce jeszcze nikt nie przemawiał, nikt nie szerzył takich poglądów antysemickich". Miał niestety sporo racji – w tym przypadku Matejko przyłożył rękę do rodzącej się dopiero ksenofobicznej propagandy, nawet jeśli został w całą sprawę poniekąd wmanewrowany przez Gorzkowskiego i Mochnackiego. Sam jednak jeszcze w rok po wyroku opublikował w warszawskiej "Roli", antysemickim tygodniku Jana Jeleńskiego, odezwę nieco tylko mniej napastliwą niż mowa jego adwokata, na którą oburzeniem zareagowała m.in. Eliza Orzeszkowa.
O Gorzkowskim, sekretarzu SSP, już Stanisław Witkiewicz mówił wprost, że kompromituje on Matejkę swoimi objaśnieniami do jego prac, bo "nie umie ani myśleć ani pisać, którego broszury o obrazach mistrza są stekiem niedorzeczności, kalectw języka i płaskich pochlebstw". Niewykluczone, że to on w całej sprawie odegrał kluczową rolę, zwłaszcza że jeszcze kilka lat wcześniej Matejko swojego następcy upatrywał w polsko-żydowskim malarzu Maurycym Gottliebie, o którym twierdził, że był "prócz niezwykłych zdolności człowiekiem pełnym szlachetnych popędów, natury ujmującej dobrocią i bezinteresownością".
Gottlieb również należał do artystów ściągniętych do Krakowa magią nazwiska Matejki. Naukę rozpoczynał jeszcze jako piętnastolatek w Akademii wiedeńskiej. To w stolicy cesarstwa zobaczył Matejkowskiego "Rejtana" i pod wrażeniem obrazu odstającego ekspresją od wygładzonego malarstwa akademików zdecydował się przenieść do Szkoły Sztuk Pięknych. Oddziaływanie Matejki w obrazach Gottlieba jest widoczne już na poziomie wyboru tematów – młody żydowski malarz rodem z Drohobycza malował m.in. sceny historyczne ze złotego wieku Rzeczypospolitej. Sam stwierdzał w Wiedniu w odpowiedzi na zarzuty o powielanie Matejkowskich błędów formalnych, że "wprawdzie naśladuje Matejkę, lecz mimo to należy do najlepszych w Akademii". Nie było w tym przesady – zwłaszcza że mimo śmierci w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat zdążył wybić się na niepodległość i nie został epigonem Matejki, a twórcą oryginalnych kompozycji z dziejów żydowskich oraz pogłębionych psychologicznie i wysmakowanych kolorystycznie portretów zdradzających inspiracje Rembrandtem. Fascynacja nauczycielem nigdy jednak nie wygasła. Gdy spotkał w roku 1878 w Rzymie Matejkę, dawny nauczyciel nazwał go największym malarzem wśród polskich Żydów, namaścił na swojego następcę i zasugerował namalowanie sceny z Kazimierzem Wielkim nadającym prawa Żydom. Gottlieb wrócił do SSP i temat faktycznie podjął, zmarł jednak zaledwie rok później.
Dyrektor widmo