W internetowej wojnie Lalek najważniejszym argumentem okazał się ten dotyczący wierności oryginałowi Prusa. I jeśli traktować ją jako walutę – film Kawalskiego zwycięża w przedbiegach, próbując wiernie kroczyć śladami pisarza i jego bohaterów. Ale i tu znajdziemy znaczące odstępstwa. Z filmowej opowieści wyleciała choćby historia zakochanej w Wokulskim Heleny Stawskiej i słynny proces o lalkę. Także pamiętniki starego subiekta – wprawdzie ocalały, ale w mocno okrojonej wersji. Inaczej być nie mogło, jeśli film miał zmieścić się w czasie akceptowalnym dla współczesnego kinomana (fanów siedmiogodzinnych obrazów Béli Tarra na moment wyłączamy z tego zbioru).
I tu docieramy do fundamentalnej różnicy między filmową i serialową Lalką naszych czasów: pierwsza z nich od początku miała stać się rynkowym produktem, skreślonym z szacunkiem wobec oryginału i nabożnie traktującym literacką tradycję, druga zaś była projektem autorskim napędzanym osobowościami Pawła Maślony i Pawła Demirskiego, artystów-prowokatorów o bardzo wyrazistych stylach pisma. Z jednej strony dostaliśmy więc mieszczański fresk ubrany w piękny i drogi kostium, z drugiej – obrazoburczą wizję, której zadaniem było prowokowanie dyskusji, a nawet kłótni.
Ogólnonarodowa kłótnia o Lalki prawdopodobnie okaże się błogosławieństwem dla jej kinowej adaptacji, która jeszcze kilka miesięcy temu skazywana była na porażkę. Produkcja, która pochłonęła ponad 60 milionów złotych, a której powstaniu towarzyszyły niemałe perturbacje (Telewizja Polska wycofała się z projektu niedługo przed startem zdjęć), według branżowych przewidywań miała stać się komercyjną klapą. Wieszczono, że to właśnie streamingowy potentat pokaże swoją produkcję wcześniej i spije całą śmietankę, a nasyceni Prusem fani Lalki nie będą mieli powodu, by iść do kin.
Dziś wiemy już, że wróżona obu produkcjom kanibalizacja widowni nie będzie miała miejsca. Temperatura prusologicznego sporu ostatnich tygodni sprawia, że dziś wielu ruszy się sprzed kanapy do kina, by stanąć po właściwej stronie barykady. W końcu w tym sporze tradycji i nowoczesności, nabożeństwa i barbarii trzeba zagłosować nogami. I pieniędzmi wydanymi w kinowej kasie.