Moja pierwsza kinowa fabuła, "Blizna", jest źle zrobionym filmem – takim à rebours socrealistycznym. Socrealizm polegał na tym, żeby robić filmy o tym, jak być powinno, a wcale nie o tym, jak jest. A jak być powinno według ludzi, którzy dawali pieniądze na filmy w Rosji w latach 30., a w Polsce po wojnie, to jest oczywiste. Powinno być dobrze, pięknie i wspaniale. Ludzie powinni pracować, powinni się z tego cieszyć, powinni być szczęśliwi, kochać komunizm, wierzyć w jego przyszłość, powinni wierzyć w to, że razem zmienimy świat na lepszy. To były szalenie prostackie filmy, bo ten rodzaj założenia powoduje, że oczywiście masz zawsze dobrego bohatera i musisz mieć złego bohatera, żeby istniał konflikty. […] I "Blizna" jest troszeczkę takim filmem à rebours socrealistycznym. To znaczy, dużo scen dzieje się w jakichś fabrykach, zakładach pracy, na jakichś zebraniach, a więc w tych wszystkich miejscach, w których socrealizm uwielbiał kręcić, ponieważ socrealizm nie wierzył w to, że życie prywatne jest tak strasznie ważne.