Nerwy ze stali
Osaka i sukcesy programu edukacyjnego pokazują, że Unsound wciąż ma zdolność otwierania zamków, do których inni nie mają kluczy. Ale patrząc na mapę z perspektywy roku 2026, widać wyraźnie, że świat, w którym festiwal zaczynał swoją globalną ekspansję, już nie istnieje. Okna, które pozwalały na swobodny przepływ idei między Wschodem a Zachodem, w wielu miejscach się zatrzasnęły. To stawia przed organizatorami nowe wyzwania.
Korzenie Unsoundu sięgają również Warszawy. To tutaj, pod szyldem Ephemera, od 2021 roku odbywa się letnia odsłona projektu. Tym razem kuratorski fokus pada na działania performatywne. Choć muzyka pozostaje kluczowa, towarzyszy ona przede wszystkim praktykom choreograficznym, tańcowi i teatrowi. – Działa to nieco w kontrze do Unsoundu, który stał się już globalnym molochem – opowiada Gosia Płysa. – Ephemera ma być platformą na przecięciu różnych dziedzin, podkreślającą interdyscyplinarność.
Od 2021 roku Unsound prowadzi również działalność wydawniczą. Pierwszy projekt był artystyczną odpowiedzią na pandemię – album Intermission składa się z 15 utworów będących dźwiękowym komentarzem do roku lęków i izolacji. Usłyszymy tu m.in. kompozycje tria Bastarda, Lutto Lento, Moor Mother, SOPHIE czy Bena Frosta. Płycie towarzyszyła ponad 300-stronicowa książka zawierająca eseje polskich i zagranicznych autorów. Osią przewodnią tomu jest analiza rzeczywistości czasów zarazy: od psychologii izolacji i cyfrowej intymności, przez percepcję dźwięku w samotności, aż po symbolikę maseczek. Równie istotnym wątkiem są artykuły poświęcone kwestiom rasy i tożsamości, a całości dopełniają krytyka współczesnego ekosystemu muzycznego oraz rozważania na temat technologii.
Unsoundowe albumy tłoczone są na winylach, ale trafiają też do streamingu. W katalogu wytwórni znajdziemy płyty artystów ściśle związanych z festiwalem; wiele z nich to projekty powstałe na specjalne zamówienie tej rozrastającej się platformy. Wśród wydawnictw warto wymienić nagrania Piotra Kurka, duetu Antoniny Nowackiej i Sofie Birch, Raphaela Rogińskiego czy album japońskiego zespołu KAKUHAN nagrany z perkusistą Adamem Gołębiewskim. Każdy z tych twórców pojawił się również w programie Unsoundu w Osace.
Prowadzenie takiej platformy w czasach fragmentacji i kryzysów wymaga już nie tylko pasji, lecz także – jak mówi Mat Schulz – twardego charakteru:
– Zaczynaliśmy Unsound jako małą, podziemną inicjatywę robioną własnym sumptem, więc sama myśl o stworzeniu festiwalu na taką skalę, z edycjami na całym świecie, zupełnie nie mieściła mi się wtedy w głowie. [...] Większa skala oznacza, że wszystkie problemy ulegają zwielokrotnieniu i mówiąc szczerze: gdybym wiedział, co mnie czeka, nigdy bym się za to nie zabrał. Tu trzeba mieć nerwy ze stali. Wypracowałem je w sobie, podobnie jak umiejętność radzenia sobie ze stresem i nieprzewidzianymi trudnościami, ale nie jest to moje naturalne usposobienie. Przed Unsoundem siedziałem w pokoju i pisałem powieści!
Być może jednak ta zmiana nie jest tak radykalna, jak wydaje się dyrektorowi. Unsound – ze swoją nielinearną narracją, wielowątkowością i galerią barwnych postaci – wciąż przypomina powieść. Tyle że zamiast na papierze, pisana jest ona w czasie rzeczywistym, w kilkunastu miastach świata, na przekór algorytmom, barierom językowym i geopolityce.