Perkusista, akordeonista, kompozytor, który za sprawą swojej osadzonej w tradycji twórczości pisze alternatywne scenariusze dla muzyki wiejskiej.
„Nigdy nie lubiłem bardzo rozbudowanych zestawów perkusyjnych – przyznaje Piotr Gwadera pytany o granie na prostej ludowej perkusji, tzw. dżazie. – Zostało mi to po okresie fascynacji drum’n’bassem. Istotny był dla mnie bęben basowy, werbel i hi-hat”.
Mam wrażenie, że ta wypowiedź łódzkiego artysty dobrze oddaje jego szerokie horyzonty i wprowadza do opowieści o jego niecodziennej drodze. W końcu jako twórca Gwadera zmieniał nie tylko gatunki muzyczne, ale także instrumenty. Zanim dał się poznać jako wszechstronny perkusista, uczył się gry na akordeonie. Choć przecież nie od niego się zaczęło. „Muzycznie wychowywało mnie »Bravo« i »Popcorn« – wspomina. – Co tydzień, wracając ze szkoły muzycznej, kupowałem na bazarku wszystkie hity na pirackich kasetach, Dr Albany, MC Hammery i inne. Miałem ich mnóstwo i byłem DJ-em na klasowych dyskotekach”. Muzyka do tańca będzie mu jeszcze towarzyszyła w przyszłości, ale na razie wróćmy do akordeonu.
Gwadera urodził się1979 roku w Kielcach. Tam teżrozpoczął naukę gry na instrumencie. Nauczyciel muzyki z kieleckiej podstawówki uznał, że ma dobry słuch i powinien zdawać do szkoły muzycznej pierwszego stopnia. Tak też się stało. Niedługo później Gwadera został przyjęty do klasy akordeonu i – mówiąc eufemistycznie – nie zapałał do niego miłością od pierwszego wejrzenia. „Nie znosiłem tego instrumentu, ale to dlatego, że mój profesor nie potrafił mnie zarazić pasją do muzykowania. Zamiast tego lekcje polegały na odgrywaniu zadanych utworów. Inne przedmioty, jak odbywającą się w grupach rytmikę czy kształcenie słuchu, nawet lubiłem” – przyznaje.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Gary Gwadera, fot. Asia Szczęsnowicz & Darek Pietraszewski
Obrazek
gary_gwadera_3_-_fot._asia_szczesnowicz_darek_pietraszewski_copy.jpg
Nic dziwnego, że po skończeniu pierwszego stopnia Gwadera postanowił zmienić instrument. Udało się to po trzech latach, kiedy był już w liceum, a nagrania z eurodance’em zamieniłna kasety z hardcore-punkiem, jazzem i alternatywnym rockiem. Z tego powodu postawił na perkusję oraz… ostatecznie zrezygnował z formalnej edukacji, która serwowała mu wyłącznie klasykę. Później wracał jeszcze do nauki gry na obu tych instrumentach – zawsze jednak kończyło się podobnie.
Text
Gdy przeniosłem się do Łodzi, wróciłem na perkusję do szkoły muzycznej i mój nauczyciel bardzo chciał, żebym zdawał na akademię, ale ja wolałem grać z Autechre w ćwiczeniówce. Sumując, ze szkół muzycznych wyniosłem podstawy techniki, ale literatura, z której mnie nauczano („Marsz Turecki” na ksylofonie itd.) i szerzej – system edukacji klasycznej, w ogóle mnie nie interesował.
Miasto
Przeprowadzka do Łodzi otworzyła przed Gwaderą nowe muzyczne światy. Nie bez znaczenia była ówczesna renoma miasta jako polskiej stolicy techno. Młody perkusista zacząłnagle odkrywać twórców z kręgu muzyki elektronicznej, których nie słuchali jego kieleccy znajomi. Interesowało go jednak nie tylko techno czy IDM. Regularnie pojawiał sięw Forum Fabricum czy Jazzdze, gdzie występowali artyści wszelkich scen i środowisk. Zainspirowany tym muzycznym bogactwem Gwadera dołączał do kolejnych łódzkich zespołów. „Mieliśmy grupę Puch, która grała psychodeliczny, gitarowo-elektroniczny trans podlany drum’n’bassowymi groove’ami. Grałem też electro na akustycznych bębnach z Capitanem Commodore czy dziwaczne rockowe piosenki z Blisko Pola”.
Muzyk przyznaje, że pomimo szerokiej oferty kulturalnej Łodzi potrzebował czasu, żeby się do niej przekonać. Początkowo miasto wydawało mu się szare, zaniedbane i mało ekscytujące. Ostatecznie jednak zadomowił się w nim, przy czym dużą rolę w tym procesie odegrali lokalni muzycy. Jednym z nich był Łukasz Lach, z którym Gwadera poznał się w tamtejszej szkole muzycznej. Niedługo później założyli trio (skład uzupełnił Paweł Cieślak) Almost Dead Celebrities, które czerpało zarówno z rocka, jak i noise’u. Musieli się dobrze dogadywać, bo w 2010 roku Lach zaprosił perkusistę do swojej macierzystej grupy L.Stadt. W 2017 roku ukazał się jej ostatni jak dotąd album – L.Story. Zespół wykonuje na nim muzykę do tekstów Konrada Dworakowskiego – ówczesnego dyrektora łódzkiego Teatru „Pinokio”. Choć w piosenkach brak bezpośrednich nawiązań do Łodzi, to jej wpływ nie jest bez znaczenia. W pochlebnej recenzji dostrzegł to na łamach „Screenagers” Piotr Szwed, który napisał: „L.Story to portret nastawiony na budowanie nastroju, muzyczna i liryczna impresja, w której miasto zostaje uczłowieczone, a człowiek opisany poprzez odwołania do elementów przestrzeni. Dawno nie słyszałem płyty, która równie dobrze pokazywałaby, że wrastamy w naszą okolicę, a ona wrasta w nas”.
Jeśli L.Stadt pozostawiało jakieś niedopowiedzenia co do swojej lokalnej przynależności, to trudno o bardziej łódzkiego artystę niż Jacek Bieleński. Do prowadzonego przez niego zespołu Bielas i Marynarze Gwadera dołączył w tym samym czasie. Jak wspomina:
Text
Tożsamość Łodzi poznałem najlepiej za sprawą Jacka Bieleńskiego – ikony tego miasta. Szczególnie poprzez próby odbywające się w jego otwartym mieszkaniu, przez które przewijali się ludzie ze wszystkich możliwych zakamarków społecznych. Krąży nawet takie powiedzenie, że kto nie był u Bielasa, to tak naprawdę nie zna Łodzi.
Na tym się nie skończyło. Gwadera, który studiował antropologię na Uniwersytecie Łódzkim, wielokrotnie badał historię miasta. Zarówno tęwspółczesną, jak i starszą, ujawniającą się w jej przedwojennych piosenkach. A przecież, kiedy spojrzeć na jego dorobek, szybko okaże się, że to nie miasto interesuje go najbardziej.
Wieś
Do świata muzyki tradycyjnej Gwadera wkraczał dwukrotnie. Ten pierwszy raz nastąpił zaraz po przyjeździe do Łodzi, kiedy jego kolega kupił książkę Ostatni wiejscy muzykanci Andrzeja Bieńkowskiego. Perkusista wspomina, że zafascynowały go wówczas zebrane w niej opowieści i towarzyszące im fotografie. Same nagrania wydawały mu się jednak niestrawne. Opinię na temat muzyki tradycyjnej Gwadera zmienił dopiero dwanaście lat później, kiedy skrzypek Marcin Drabik zaprosił go do występu z zespołem Poszukiwacze Zaginionego Rulonu. Kapela wykonywała tradycyjną muzykę taneczną z Radomszczyzny i w 2012 roku zdobyła Grand Prix festiwalu Nowa Tradycja. Po roku wróciła tam jako gość specjalny.
„Wejście” Gwadery w twórczość zespołu było o tyle łatwiejsze, o ile obok muzykantów grali w nim instrumentaliści znani ze sceny improwizowanej czy awangardowej: Jacek Mazurkiewicz i Paweł Nowicki. Jak wspomina perkusista:
Text
Po trzech dniach intensywnych prób z kapelą – w której składzie byli zarówno muzycy miejscy, dzięki którym mogłem klarowniej zrozumieć istotę oberka, jak i muzykanci z radomskiego, od których pierwszy raz poczułem mazurkowy swing – rozpoczęła się moja fascynacja muzyką tradycyjną. Najbardziej zaintrygowała mnie rytmika. Ten chwiejny, przesunięty groove, którego nie umiałem zagrać. Polirytmia, czyli kwartole i duole na trójce. No i te zawiłe melodie, z przesunięciami i zawijasami.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Piotr Gwadera, fot. Michał Siudziński
Obrazek
piotr_gwadera_by_michal_siudzinski_2.jpg
Po tym doświadczeniu Gwadera zaczął uczęszczać na warsztaty tańca, jeździć do muzykantów z opoczyńskiego i na podradomskie potańcówki. W rezultacie zaprzyjaźnił sięz zespołami Tęgie Chłopy (z którym czasem występuje), Lautari (nagrał z nim album Dżezbandyta, czyli złodzieje wiejskiej muzyki) oraz dołączył do składu Odpoczno. Z tą ostatnią grupą nagrał dwie płyty (Odpoczno i Dryf), wystąpił na wielu festiwalach, a także odebrał III Nagrodę na festiwalu Nowa Tradycja w 2015 roku. W Odpocznie – tak jak w przypadku swoich późniejszych nagrań – Gwadera wchodził w dialog z kulturą tradycyjną. Raz oznaczało to przekładanie jej na język bliższy popkulturze (spod znaku avant-popu czy elektroniki), raz – na język awangardy, jak w przypadku Radical Polish Ansambl. Pytany o granice takich ingerencji w muzykę wiejską Gwadera odpowiada: „Istotne jest dla mnie, żeby przed rozpoczęciem takich wariacji, takich działań dekonstrukcyjnych, dobrze poznać daną materię, daną muzykę. Właśnie dlatego w 2016 roku poszedłem na studia antropologiczne. To jest chyba jedyna zasada, którą się kieruję – dalej to już kwestia wrażliwości”.
Wyobraźnia
Wspomniany już Radical Polish Ansambl nie tylko tworzył nową muzykę wychodzącą od tradycji, ale także powoływał do życia nową, na poły wyobrażoną wieś. Od samego początku działał na granicy faktu i fabuły, ocierając się o mockument. Na wydanej jesienią 2024 roku płycie nierozpoznana wieś twórcy deklarowali wprost, że tym razem podjęli się przygotowania całkowicie autorskiej muzyki w oparciu o swoje wieloletnie doświadczenia z muzyką wsi.
Podobne idee przyświecały Gwaderze na jego solowych płytach. Wydane w 2024 roku Trzeciak’s Head ma mockumentowy sznyt znany z debiutu RPA. Artysta rzekomo oddaje tutaj hołd zapomnianemu świętokrzyskiemu „dżaziście”, którego pociąga elektroniczne brzmienie perkusji dominującej w zalewającym wiejskie potańcówki disco-polo. Podążając ze eksperymentami Trzeciaka, Gwadera nagrywa „sonatę dżazową” na prostym zestawie perkusyjnym wzbogaconym o pamiętający lata 80. moduł Polmuz. Na łamach „Czasu Kultury” o Trzeciak’s Head tak pisał Bartosz Nowicki:
Text
Zelektryfikowane talerze krzeszą iskry, przesterowany bas rozdziera głośniki, a proste tony zmultiplikowane delayami próbują wydobyć z siebie choćby fragment melodii. Tymczasem trójdzielny rytm co chwilę wyskakuje ze swojej trajektorii, potyka się, wpada w konwulsje, piętrzy się i zapętla, aby po chwili zawisnąć w sugestywnej pauzie.
Wodze fantazji Gwadera puścił także przy następnym wydawnictwie. Album Far, Far in Chicago wychodzi od rytmicznych podobieństw pomiędzy oberkami a wywodzącym się ze stanu Illinois gatunkiem tanecznej elektroniki. To pokrewieństwo popycha Gwaderę do spekulacji – czy to tylko zbieg okoliczności, skoro Chicago słynie przecież z silnej polonijnej społeczności? Perkusista nie jest pierwszym, który zwrócił na to uwagę – pamiętam furorę, jaką na YouTubie robiło wideo, którego autor podłożył footwork pod nagranie krzesanego czy też innego góralskiego tańca. Różnica polega na tym, że Gwadera nie zatrzymał się na poziomie błyskotliwego żartu. Jego „footberki” to naprawdę ciekawa artystyczna propozycja. Remek Mazur-Hanaj tak pisał o niej w „Dwutygodniku”:
Text
Wszystko przeplata się jak w tkaninie – chodniku, dywanie – czy jak w widmowym obrazie fal dźwiękowych. Biały, tradycyjny polski trójmiar oberkowy miesza się z czarnymi, współczesnymi parzystymi rytmami footworkowymi z ghetto house. Czasem jak w maszynie losującej można stracić orientację, co jest czym, bo całość tworzy szaloną footberkową narrację taneczną. Oberkowy słuchacz ma wrażenie, że dominuje elektronika, footworkowy słuchacz zapewne ma wrażenie odwrotne.
Przygotowanie Far, Far in Chicago wymagało nie tylko kompozytorskiej wyobraźni, ale wiązało się także z niemal reporterską robotą. Jak tłumaczy Gwadera:
Text
Przeszukiwałem polonijne archiwa dźwiękowe i fotograficzne, poznawałem historię Chicago pod kątem emigracji polskiej, ale także dziejów muzyki elektronicznej i wtedy zaczęły pojawiać się obrazy typu: Dj Rashad pijący Tyskie. Klamrą spinającą, na którą trafiłem dopiero w lutym 2025 roku, jest Podlasie Club – założony w latach 80. klub polonijny z taneczną salą polkową, który jest obecnie bardzo popularnym miejscem z muzyką elektroniczną, a właśnie w lutym grał tam jeden z pionierów footworku RP Boo.
Kilka tygodni po naszej rozmowie okazało się, że ta historia ma ciąg dalszy. Podczas tegorocznego festiwalu Unsound Gwadera wystąpi z RP Boo w duecie. Footberki, które dostrzegł już Simon Reynolds, kręcą się więc w najlepsze. Tak jak mają w zwyczaju.