Liryczna refleksja Konwerskiej jest nieco zdystansowana, nieufna wobec poetyckiego „ja”. Poetka nie ulega pokusie łatwej emocjonalności, osobiste doświadczenia zostają opakowane subtelną ironią, zmuszającą czytelnika do większego wysiłku intelektualnego.
Okładka książki Stanisława Kaliny Jaglarza „zajęczy żar”, fot. wydawnictwo Warstwy
Jaglarz szuka sposobu ujścia emocji w strukturze samego języka: mięśniach metafor, nerwach skojarzeń. Karmi się kontrastem, chłonie obrazy i dźwięki, poddaje się zmysłom: „pomnożyłem litery jak wodę będę teraz czerpał z innych źródeł / niejasne są moje pragnienia i pochodzenie słów”, „odmawiam dojenia krów i nie podlegam zdaniom”. Jego wiersze wygrywają melodię cichą, a przeszywającą komórki ciała.
Słowa są azylem dla gniewu Kulikowskiej, choć fraza jej ciąży, staje się „ciasną klatką” lub „dziurką po kluczu”, przez którą pozwala nam patrzeć. Autentyczna agresja przekształca się w artystyczną kreację: „(to nie jest wiersz, lecz akt oskarżenia. / to nie jest wiersz, lecz wyrok)”. Nie wystarczy płakać, prosić, pouczać: „(monolog o konsekwencjach jest krówką ciągutką, / przylepił się / do frazy)”. Poezja ma szokować, uwierać, zbijać z tropu – ale nie dla taniego efektu, lecz by przełamać bierność.
Fiedorczuk poszukuje wspólnego języka dla nękających ją i planetę trosk i kryzysów, „splata wiersze z tego / co pod ręką / śmieci wyrzuconych przez morze / niepotrzebnych ubrań / rozpaczy / wściekłości nadziei” (rzeczy mają wolę i upór). Jej wiersze są bardziej intelektualne i zmysłowe niż sprawozdawcze; nastawione raczej na trwanie niż chwilowe przeżycie; na współodczuwanie, a nie tylko współczucie:
mozolnie poszukuję wspólnego języka, aż
zrozumiem, że nie będzie zrobiony z liter, ani ze
słów, ani z niczego, co dałoby się zobaczyć lub
usłyszeć, tylko z przepływu, który moje ciało
(wyrzeźbione z pamięci) odczuje jako ból lub jego
zapowiedź [...].
[grab z tomu Glif]