To ciągle jednak wydaje nam się utopią.
Twarde dane empiryczne dotyczące krajów OECD, w tym Polski, pokazują, jakim szaleństwem jest to, że ciągle pracujemy coraz więcej. Zwłaszcza Polacy na tle innych narodów europejskich dużo czasu poświęcają na pracę. Mamy już tego skutki, jest coraz więcej prac o społeczeństwie wypalenia, zmęczenia, o epidemii chorób psychicznych. Nasze przemęczenie i frustracja z niego wynikająca to już problem kulturowo-systemowy, diagnozowany przez socjologów. Tymczasem stać nas na redukcję godzin pracy. Dominująca ideologia neoliberalna głosi, że będziemy wolni, jeśli będziemy więcej pracowali i więcej zarabiali. To nieprawda, bo bycie wolnym jest możliwością odgrywania wielu ról społecznych – roli córki, studentki, przyjaciela, osoby, która angażuje się w aktywizm, tancerki itd. Jeżeli jesteśmy redukowani tylko do roli pracowników, ewentualnie małżonków czy rodziców, to zostaje nam w rękach niewiele możliwości realizowania siebie. Wolność to nie nasze środki na koncie i ilość gadżetów, którymi się otaczamy, ale czas wolny. Musimy mieć czas, żeby zadbać o siebie i na przykład pójść na jogę, musimy mieć czas, żeby podtrzymać przyjaźnie. Psychologowie społeczni mówią, że gdy nie mamy przyjaciół, częściej chorujemy i żyjemy krócej. Żeby zachować zdrowie psychiczne i fizyczne potrzeba gęstej tkanki relacji społecznych. W mojej książce pokazuję, że ekonomiści ekologiczni pełnymi rękami czerpią z psychologii społecznej, z epidemiologii, z badań nad szczęściem i zdrowiem ludzi, uświadamiając nam, że świat stoi dziś na głowie pod względem priorytetów. Tym bardziej, że wzrost naszego czasu pracy nie przekłada się już wcale na wydajność. W ogóle PKB w świecie bogatym zaczyna samo się wystudzać. Idziemy i tak w stronę stagnacji, ale to jest taka brudna, chaotyczna stagnacja. Tymczasem ekonomiści ekologiczni mówią o planowanej stagnacji, planowanym zatrzymaniu pogoni za konsumpcją po to, by lepiej żyć. Kładą nacisk na jakość naszego życia. Chodzi na przykład o to, by kupować mniej, ale lepszych, bardziej trwałych rzeczy. Gotować samemu, jeśli komuś to sprawia przyjemność, zamiast kupować w biegu śmieciowe jedzenie. Jeżeli zerkniemy do literatury, do prac takich ekonomistów, jak Peter Victor, Tim Jackson, Giorgos Kallis czy Kate Raworth, okazuje się, że w krajach bogatych stać nas na to, żeby pracować po pięć godzin dziennie. Byłoby to też korzystne dla rynku, bo dałoby więcej miejsc pracy. Nasz czas pracy by się zmniejszył, a wzrosła ilość miejsc zatrudnienia, więc nie byłoby skazanych na niestabilność "ludzi-odpadów", o których pisali Zygmunt Bauman czy Guy Standing, czyli osób, które system wypluł, i już się nimi nie interesuje. Więc znowu, to zmniejszenie czasu pracy ma wymiar społeczny i sprawiedliwościowy. Podobnych pomysłów, które wydają się utopijne, powinno być więcej, powinno się na ich temat szeroko dyskutować, bo nie mamy już dużo czasu. Poza tym, jak podkreślają George Monbiot i Peter Hutchison w opublikowanej wiosną tego roku książce "The Invisible Doctrine. The Secret History of Neoliberalism", aby zaszły duże zmiany akceptowanych norm i standardów, wystarczy przekonać jedynie część społeczeństwa. Wystarczy na przykład, żeby 25% społeczeństwa przyjęło normę, że już nie palimy papierosów w miejscach publicznych, albo że molestowanie kobiet w miejscu pracy jest niedopuszczalne. Jeżeli te 25% powie "nie", to za nimi pójdzie całe społeczeństwo – to nie musi być od razu 100%. Edwin Bendyk w książce "W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata" z kolei za socjologami zmiany społecznej mówi, że wystarczy, by na ulice wyszło protestować 2-3% obywateli. Tyle wystarczy, żeby pokazać politykom, że nie chcemy polityki "biznesu jak zwykle" i muszą coś zmienić. Wydaje mi się, że teraz jesteśmy w przełomowym momencie. Widzę to też po tym, co działo się po publikacji "Epoki człowieka". Pisałam tę książkę w mrokach "biznesu jak zwykle" , gdy prawie nikt w Polsce przed 2018 rokiem nie mówił o destrukcji systemów środowiskowych na skalę globalną. A potem po prostu rozpętała się jakaś burza, zainteresowanie książką przerosło moje najśmielsze oczekiwanie. Problematyka antropocenu weszła do mainstreamu, zaczęto o niej mówić i się nią przejmować. Członkowie Extinction Rebellion, strajków klimatycznych czy Ostatniego Pokolenia bardzo uważnie czytają teksty naukowe dotyczące destabilizacji środowiska.
Właśnie o nich chciałam zapytać. Czy nieposłuszeństwo obywatelskie jest dziś właściwą strategią działania?
Wydaje się, że w dłuższej perspektywie protesty i nieposłuszeństwo obywatelskie działają. Tak wywalczyłyśmy prawa kobiet, tak wywalczyliśmy prawa dzieci, prawa człowieka – niestety inaczej się nie dało. Przeraża mnie skala hejtu, jaka spada dziś na Ostatnie Pokolenie. Kiedy widzę komentarze na ich profilu w mediach społecznościowych, to czasem po prostu nie wierzę w to, co czytam. Mamy tu przepaść i wojnę kulturową między spolaryzowanymi grupami. Tymczasem według mnie to nie osoby z Ostatniego Pokolenia są odklejone od rzeczywistości, ale ci, którzy z powodu ignorancji nie rozumieją, przeciwko czemu one protestują. Powinniśmy być wdzięczni aktywistom, potrzebujemy ich. Ja sama nie jestem aktywistką, ale podziwiam takie osoby. To, co robią, to nie zabawa. Gdy globalnie popatrzymy na aktywizm prośrodowiskowy, to jest bardzo trudne i często niebezpieczne, zagrażające życiu zajęcie, poważna misja. Pamiętajmy oczywiście, że obywatelskie nieposłuszeństwo w przypadku Ostatniego Pokolenia nie wiąże się z przemocą, nie jest terroryzmem. Dopóki aktywiści kierują się zasadami pokojowymi i nie stosują przemocy, to ich działania są w zasadzie ostatnią szansą, by coś zmienić. Wiem dobrze, jak wiele było apeli środowisk naukowych, listów – mamy całą bibliotekę "ostrzeżeń naukowców świata dla ludzkości", mamy apele akademii nauk z całego świata, mamy alarmujące głosy ekspertów w Polsce. To nie działa lub działa za wolno. A nie mamy takiego komfortu, że możemy czekać sto lat. Czasami aż chce mi się płakać, gdy czytam artykuły klimatologów, którzy piszą, że już nie wiedzą, jakim językiem mają mówić, po jakie narzędzia sięgnąć, zadręczają się, że zrobili za mało, wiedząc, że w ciągu najbliższych dekad nastąpi katastrofa. Piszą dramatycznym językiem, a i tak nikt ich nie słucha. Co więcej, badam rozmaite zmiany retoryczne w dyskusji o antropocenie i jestem mocno zaniepokojona, bo już neoliberalni ekonomiści, tacy jak choćby Andrew Lilico w USA, otwarcie i cynicznie stwierdzają, że po prostu tropiki staną się pustynią bez ludzi i czas się z tym pogodzić. Innego rodzaju niepokojące tąpnięcie retoryczne staje się też już zauważalne w artykułach naukowych, takich jak choćby "Climate Endgame: Exploring catastrophic climate change scenarios" Luke’a Kempa i innych z 2021 roku, w którym przyrodoznawcy postulują doprecyzowywanie "leksykonu globalnej zapaści", wprowadzając takie pojęcia, jak globalne wymieranie, dziesiątkowanie ludzkości, stan klęski czy społeczny kolaps. Wygląda to tak, jakby nauka zaczęła się już przygotowywać na najgorsze. Na ten temat, wskazując inne teksty, także piszę w książce.