Nawet kryzys 2007-2008 roku nie wybudził nas z tego snu.
Tak, ten kryzys nie zmienił świata, bo nie było projektu, nie było intelektualnego dyspozytywu, który mógłby uruchomić proces zmiany. Świadomość społeczna była jeszcze wtedy bardzo mocno określona przez niechęć do wielkich narracji, instytucjonalizacji, tworzenia jakichkolwiek struktur, która była owocem fatalnych doświadczeń z rewolucjami XX wieku. W gruncie rzeczy więc wszystko rozeszło się w takich bardzo efemerycznych ruchach, jak Occupy Wall Street, które wprawdzie jeszcze trwają, choćby wśród "woke’ów", ale nie stworzyły nigdy potężnego podmiotu politycznego, który by zmienił świat.
Po kryzysie, jakim było zderzenie mocarstw pod koniec fin de siècle'u i I wojna światowa, świat się nieprawdopodobnie zmienił, ponieważ istniał projekt tej zmiany, wizje socjalistyczne i nacjonalistyczne oraz dyspozytyw społeczny mogący zmianę realizować, czyli wielkie partie rewolucyjne. Wielki kryzys 1929 roku puścił te dyspozytywy w ruch. Ale dość ponure skutki, terror, ludobójstwo, które z tą zmianą przyszły, spowodowały że, szczególnie w obrębie Globalnej Północy, nastąpił strach przed jakimkolwiek bardzo mocnym projektem społecznym. Wyrazem tego była myśl Richarda Rorty’ego, że jeśli filozofia kłóci się z demokracją, to trzeba ocenzurować filozofię. I to spowodowało, że właściwie myśl była bezradna wobec tego wydarzenia, jakim był kryzys 2007-2008. I powiedziałbym, że nadal jest bezradna, bo nie umiemy myśleć o przyszłości.
Bo myśl, że zmiana porządku świata jest możliwa, czyli perspektywa rewolucji, nam się złowrogo kojarzy?
Tak, szczególnie Europa Środkowo-Wschodnia doświadczyła w tak straszny sposób rewolucji dwudziestego wieku, hitlerowskiej i stalinowskiej, że wszystkie rewolucyjne pomysły są tu natychmiast odkładane na półkę. Ale wydaje mi się też, że nawet te społeczeństwa, w których jest pewnego rodzaju wrzenie i nie ma takich doświadczeń, nie potrafią właśnie pomyśleć o przyszłości jako innej od tego, co jest. To jest to słynne stwierdzenie, które wielu powtarza – ja cytuję Žižka – że łatwiej sobie wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu. Nawet takie ruchy jak Occupy Wall Street, zupełnie nie wiedzą, co właściwie mogą nam zaproponować zamiast obecnego systemu.
Miałam wrażenie, czytając książkę, że to się zrobiło tak bardzo skomplikowane, że podobnie jak w przypadku katastrofy klimatycznej, ludzie nie mają poczucia sprawczości i czują się bezradni. Nie widzimy dobrego rozwiązania, robimy coś doraźnie, a potem się okazuje, że to wcale nie pomaga albo ma wręcz negatywne skutki.
Powiedziałbym, że nawet nie tyle skomplikowanie zjawisk, co ich skala, która przekroczyła dotychczas ukształtowane instrumenty sprawczości społecznej, sprawia, że rzeczywiście ludzie czują się bezradni. Jesteśmy w sytuacji, kiedy państwa narodowe wielkości państw europejskich, tak naprawdę nie mają w ogóle żadnego wpływu na zjawiska globalne, takie jak katastrofa klimatyczna. Właściwie jedyne podmioty polityczne, które mogą mieć na nią wpływ, to państwa kontynentalne, jak Stany Zjednoczone czy Chiny. Ale one z wielu różnych przyczyn nie są tym zainteresowane. Ponadto, żaden podmiot polityczny o skali państwa narodowego nie może sobie poradzić z rynkami finansowymi, czyli przepływami kapitału rządzonymi wyłącznie prawem własności i regułą zysku. Poczucie bezradności jest więc ogromne. Osobiście jestem przekonany, że to jest przede wszystkim wyzwanie do tego, żeby zacząć myśleć o innej skali działania. Skala, która ma sens we współczesnym świecie, to skala kontynentalna, a poprzez nią globalna. Ale to oznacza, że musimy się wyrwać z imaginarium przeszłości, która nami rządzi. Polskie imaginarium ukształtowało się w dziewiętanstowiecznym romantyzmie, w okresie zaborów, a potem wojny z hitlerowskimi Niemcami. Współcześnie to naprawdę już nie ma żadnego znaczenia. Ale to nie dotyczy oczywiście tylko Polski. Wszystkie społeczeństwa są uwiezione w imaginariach, które są zwrócone w przeszłość.
A skąd w ogóle tak ogromna popularność języka neoklasycznej ekonomii? Pisze pan, że ma on dziś podobny status do tego, jaki w średniowieczu miała łacina: łączy świat, a jego znajomość daje ogromną władzę.
Język naturalny nie reprezentuje odległych rejonów świata, właśnie dlatego, że jest uwięziony w tradycyjnych imaginariach. Mało interesujemy się losem Afrykanów czy Hindusów. Zaś język ekonomii bardzo skutecznie reprezentuje pewne, skądinąd dość proste, bo ilościowe, aspekty całości ludzkiej, ekumeny, świata zamieszkanego przez ludzi. Co więcej, łącząc ze sobą różne rejony świata, umożliwia przepływy wartości, energii, w wielkiej skali. Wielu filozofów zauważało, że język zrywa ciągłość świata, szatkuje go. Rozumiem, że krowa jest krową dlatego, że wiem, że nie jest bykiem czy też owcą. Język ekonomii jest natomiast skonstruowany inaczej. Znak finansowy pokazuje przepływ, a właściwie wartość w pewnym momentalnym punkcie przepływu. To jest dawna myśl Braudela, ale można ją rozwijać. Siła języka ekonomii polega więc na tym, że dzięki tej swojej przepływowości łączy to, co odległe. To właśnie powoduje, że jeżeli ktoś operuje językiem ekonomii, to rozumie dynamikę przepływu, ma ogląd całości. Siedząc w swojej wieży w Nowym Jorku czy w Singapurze może, patrząc na ekrany, odczytywać to, co się dzieje w różnych miejscach świata. To jest władza, której właściwie żaden inny język nie daje. I w tym sensie język ekonomii jest podobny do łaciny, bo we wczesnym średniowieczu ktoś, kto czytał list z Rzymu, a mieszkał w Polsce, operował zupełnie innym obrazem świata niż otaczający go kmiecie czy nawet piastowscy wodzowie. I to w tym sensie ta analogia pracuje.