Uczyła się pani śpiewu synagogalnego u Anny Jagielskiej–Riveiro, śpiewaczki występującej m.in. w repertuarze sefardyjskim, ale i pierwszej w historii Polski kantorki, która śpiewała podczas nabożeństw w synagodze reformowanej w Warszawie. Jak narodził się ten pomysł?
Pisząc "Psalmy" i ucząc się hebrajskiego, chciałam jeszcze bardziej zgłębiać te teksty od strony brzmienia. Mieć kontakt z tymi tekstami od strony zmysłowej, od strony ściśle poetyckiej. Bywa, że nie rozumiem, co śpiewam; to raczej doświadczenie związane z oddechem, cielesnym wymiarem języka i dźwięku.
Moja droga poetycka prowadzi mnie konsekwentnie w stronę głosu, z którym kiedyś miałam bardzo duży problem. Trudno mi było mówić publicznie, do pewnego momentu było to dla mnie praktycznie niemożliwe. Zdarzało mi się z powodu skrajnej nieśmiałości oniemieć, kiedy miałam powiedzieć coś przed ludźmi. To dla mnie paradoksalny projekt, bo kiedyś wydawało mi się, że śpiewanie jest dla mnie najbardziej niemożliwe ze wszystkiego.
Może moja osobista droga poetycka wiedzie w kierunku głosu i wydobywania głosu dlatego właśnie, że to jest mój osobisty kłopot, a przez to wyzwanie. Oczywiście nigdy nie planuję występować śpiewając, ale sam fakt, że to robię, jest dla mnie dużym przeżyciem. Robię to po to, żeby jak najbardziej przybliżyć się do brzmienia tekstu. To wpływa na pisanie, choć niekoniecznie na poziomie świadomości. Nie w pełni kontroluję to, jak doświadczenie śpiewu wpływa na moje teksty.
Czyli nigdy nie uczyła się pani śpiewu. Jak wyglądały początki nauki?
Okazało się, że idzie mi dosyć dobrze. Już wiele lat temu poradziłam sobie z problemem dotyczącym emisji głosu – czytałam publicznie swoje wiersze, wykładałam. Zawsze myślałam, że mam słaby głos, ale zupełnie tak nie jest. Nie tu leżał problem, głos rzeczywiście we mnie był. To ciekawe, bo głos jest czymś, co do nas należy, ale nie do końca. Jest czymś związanym z ciałem, ale też z kresem ciała. Czymś, co nas nawiedza.
Umiejętność wydobywania głosu jest też czymś, co zatraciliśmy. Ludziom mieszkającym na wsi śpiew towarzyszył przy prawie każdej czynności, każda ważna uroczystość miała pieśni, które do niej przynależały. Ostatnio czytałem opracowanie opisujące muzykę wiejską Bretanii, autor twierdził, że śpiew był dla mieszkańców Bretanii naturalniejszym sposobem komunikacji niż mowa.
Kiedy już uczyłam się śpiewać psalmów i przymierzałam się do pisania swojej Koheletowej książki "Pod słońcem", zaczynałam jeździć więcej na Podlasie ze swoją mamą. Odszukałam kontakt do starszych sióstr mojego ojca, które żyły w podlaskiej wiosce. Odnalazłyśmy te stareńkie siostry i okazało się, że one całymi wieczorami śpiewają psalmy, tylko po ukraińsku (są baptystkami). Wydawało mi się, że robię coś wywrotowego do momentu, aż nie znalazłam swoich starych ciotek...
Ciekawe, że zaczęła pani naukę od śpiewu synagogalnego, a nie np. od śpiewu białego, który uchodzi za najbardziej wyzwalający, żeby nie używać kłopotliwego słowa "pierwotny".
Tak, zaczęłam dokładnie na odwrót.
Co sprawiało problem przy nauce śpiewu?
Napięcie w szczękach. Siłowe wypychanie głosu zamiast wypuszczania, co sprawia, że wydobywa się z zaciśniętego gardła zamiast iść do przodu. Mówiąc inaczej: kontrolowanie nie tego, co trzeba, przy jednoczesnym odpuszczeniu ważnych szczegółów. To ciekawe ćwiczenie z uważności. Wiem, że mówienie o uważności to już dziś banał po tym, jak kultura konsumpcyjna przemieliła mindfulness, ale to naprawdę strasznie ważne. W przypadku śpiewu synagogalnego jest to np. artykułowanie tekstu. Chodzi tutaj przede wszystkim o tekst, nie śpiewa się psalmów tak swobodnie jak piosenki. A trzeba jednocześnie dać głosowi wydostać się na wolność.
Czego pani słucha?
Idąc tu, słuchałam Arcade Fire, trochę nostalgicznie. Björk (którą strasznie lubię) powiedziała kiedyś, że czas nie płynie dla niej linearnie, tylko jest pełen korytarzy i że w pewnych momentach życia odczuwa szczególnie silne połączenie z jakimś innym czasem - na przykład sprzed dekady. Z różnych względów odczuwam teraz łączność z czasem sprzed dekady i odkurzam muzykę z tamtych czasów (obsesyjnie słuchałam PJ Harvey, m. in. "White Chalk", "Suburbs" Arcade Fire, oczywiście Bowiego, jak wszyscy, i Sonic Youth).
Ale słucham bardzo różnych rzeczy, od opery po punka. Skoro krążymy wokół tematów żydowskich, to miałam fazę Tzadika, kiedy kupowałam, co mi tylko wpadło w ręce i do niektórych płyt firmowanych przez Zorna bardzo się przywiązałam, np. "Metamorphosis" kwartetu Bester słucham co jakiś czas. Szczególnie ważna jest dla mnie od wielu lat muzyka i szerzej twórczość Laurie Anderson, z którą współpracowałam jako jej tłumaczka i z którą nadal utrzymuję kontakt. Dużo się od niej nauczyłam i nadal uczę.
Pokrewną duszą jest ważny dla mnie John Cage. Lubię Szostakowicza, a ostatnio ciągnie mnie do muzyki ludowej, chciałabym lepiej poznać muzyczne tradycje Podlasia, ale też na przykład tradycje afrykańskie. Kilka lat temu byłam na festiwalu International Poetry Nights w Hongkongu, tam towarzyszył nam zespół muzyczny ze środkowej Azji, łączący folka z awangardą i było to niesamowite, wręcz wstrząsające przeżycie. Niestety nie zapisałam sobie nazwy tego projektu, czego bardzo żałuję, nie pamiętam nazwisk artystów, ale dokładnie pamiętam brzmienia. Interesują mnie tradycyjne instrumenty i różne sposoby pracy z głosem. Anegdotycznie: nigdy nie słuchałam Dylana. Na koncercie Tricky'ego (to już będą dwie dekady) zemdlałam z powodu przewodzonych przez podłogę "Stodoły" wibracji.