I najważniejsze pytanie z punktu widzenia twojej pracy: co stanie się z kinem? Czy powróci w formie, w jakiej je znamy?
Kino jest młodsze od teatru, a oglądanie teatru online jest czymś zupełnie innym, niż samo chodzenie do niego. Wyjście do kina można jeszcze porównać z tym, że mamy wielki telewizor, gasimy światła i wyświetlamy film na ścianie, wchodzimy w jego rzeczywistość. Bardzo dobrze, że mamy dostęp do kultury online, książek, kina, teatru. Ale dla mnie bardzo ważne jest przeżywanie zbiorowe. I tego mi bardzo brakuje w czasie, gdy kina są zamknięte. Wcześniej działałem w świecie komedii. Zupełnie inaczej jest, kiedy siedzimy w kinie w pięć osób, a inaczej, gdy sala jest pełna. Człowiek jest bardziej onieśmielony do śmiania się, ale również do płakania. Czasem wychodzisz dosłownie z bananem na twarzy, bo w grupie działa to inaczej niż wtedy, kiedy siedzimy sami w domu, przed telewizorem czy innym ekranem. Fajnie, gdy ma się chociaż kogoś, z kim można przed tym telewizorem posiedzieć. Mimo wszystko jestem idealistą, pozytywnie podchodzę do życia i do tego, co przede mną. Wierzę, że to wszystko w jakiś sposób wróci do normy i będziemy mogli razem usiąść w kinie, poczekać na zgaszenie świateł i przeniknąć do świata przedstawionego.
Ciebie pandemia zastała w czasie, kiedy jeździłeś z festiwalu na festiwal dzięki "Panu T." Marcina Krzyształowicza i przechodziłeś z planu wyczekiwanego filmu na kolejny.
Sebastian Stankiewicz w filmie "Pan T." w reżyserii Marcina Krzyształowicza, 2019, fot. materiały promocyjne
Rzeczywiście, zrobiliśmy "Pana T.", po nim przyszła cała fala festiwalowa, nagle pojawił się wirus i wszyscy wiemy, jak teraz sytuacja wygląda. Jest wielu ludzi w bardzo podobnej sytuacji. Tak się po prostu wydarzyło, biorę to na klatę. Wydaje mi się, że jeśli teraz będę grał troszeczkę mniej, to gdy potem wrócę, nie okaże się nagle, że robię to gorzej. Choć oczywiście zawsze traktuję ten zawód jako pewnego rodzaju trening. Aktor musi grać ciągle. Teraz pewne rzeczy zostały po prostu przełożone i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze dojdą do skutku, a niektóre cały czas są kręcone zgodnie z wszelkimi zasadami bezpieczeństwa. Pracuję może trochę mniej, ale cieszę się, że mogę swój zawód dalej wykonywać. Pozostaje jednak pytanie, co z kinami, bo filmy robione do nich są wysokobudżetowe, a takie mogą na siebie zarobić tylko na dużym ekranie. Sytuacja nie jest ciekawa, ale wierzę, że w końcu nastanie słońce i piękny dzień.
Wyczekujesz tego?
Ja czekam tylko na jedno: dobre role. Bardzo się cieszę, że mogłem zagrać w "Erotice 2022", bo było to dla mnie wyzwanie. Dziewczyny cały czas pracowały nad scenariuszem. Trzy dni przed zdjęciami dostałem jego nową wersję i zobaczyłem długi monolog o mężczyznach, który moja postać wygłasza w studio. A umówmy się, Olga Tokarczuk nie pisze zdań prostych, tylko wielokrotnie złożone, wielopoziomowe. Odegranie takiego monologu było dla mnie niezwykle stresujące. Pamiętam, że pracowałem nad nim bez przerwy przez dwa dni. Zawsze potrzebne są jedna czy dwie noce, żeby taki tekst ułożył się w głowie i żeby można było powiedzieć go z sensem, zagrać. I udało się. To jest też fajne w tej pracy. Czasami coś cię zaskakuje, rzucasz się na głęboką wodę i wiesz, że musisz podołać.
W "Znikaniu Pani B." masz więcej scen bardzo wymagających technicznie.
Sebastian Stankiewicz i Agata Buzek w noweli "Znikanie Pani B." serialu "Erotica 2022", reżyseria: Anna Kazejak, 2020, fot. Hubert Komerski/Netflix
Niezwykle trudna pod tym kątem była scena zbliżenia z Agatą Buzek i Andrzejem Konopką, bo robiona była na jednym ujęciu. Nigdy wcześniej nie grałem takich scen, więc było to dla mnie dużym wyzwaniem. Z Agatą spotkaliśmy się jeszcze przed zdjęciami, przy okazji kręcenia spotu dla fundacji, która zajmuje się adopcją psów. Zagraliśmy parę. Dostaliśmy wtedy okazję, żeby pobyć chwilę razem. To spotkanie sprawiło, że mogliśmy czuć się znacznie spokojniej na planie przy kręceniu sceny miłosnej, w której musieliśmy się wymieniać z Andrzejem Konopką i zagrać wszystkie emocje bez cięcia. Pamiętam, że w pewnym momencie moja ręka zawędrowała do ust Agaty, a Ania Kazejak powiedziała do mnie: "Sebastian, wszystko jest dobrze, ale nie to, to nie jest twoja fantazja seksualna, tylko nasza!". Na co odpowiedziałem, że "Okej, rozumiem", bo zrozumiałem, że tym się właśnie różnimy. Po to powstał ten film, żeby kobiety również mogły opowiadać o swoich fantazjach, o tym, kim są i jak nie chciałyby, żeby mężczyźni je traktowali - żeby nie były traktowane przedmiotowo.