Jej pełnometrażowy debiut dokumentalny gościł na najważniejszych dokumentalnych festiwalach na świecie, a po jego premierze na prestiżowym IDFA w Amsterdamie dziennikarze "Variety" uznali Martę Prus za jedną z dziesięciu europejskich twórców, których kariery należy uważnie śledzić.
W "Over the Limit" młoda reżyserka opowiedziała historię Margarity Mamun, rosyjskiej gimnastyczki, mistrzyni olimpijskiej z Rio de Janeiro. W siedemdziesięciominutowym dokumencie opowiedziała o samotności, poświęceniu i potrzebie wyzwolenia. Nakreśliła intymny portret dziewczyny, która dla osiągnięcia sportowego sukcesu musi całkowicie zrezygnować z siebie.
Polska premiera "Over the Limit" odbędzie się na Krakowskim Festiwalu Filmowym.
Bartosz Staszczyszyn: Dlaczego nakręciłaś dokument o gimnastyce?
Marta Prus: Trenowałam ten sport między 5 a 11 rokiem życia. To było całe moje dzieciństwo, a gimnastyka stała się częścią mnie. Później chodziłam do szkoły baletowej, tańczyłam taniec współczesny i kiedy w liceum miałam zdawać na studia, istniały dla mnie tylko dwa wybory: reżyseria i choreografia. Trzy razy zdawałam do szkół tanecznych, ale się nie dostawałam.
Doświadczenie sportowe przekłada się na pracę filmowca?
Uczy wrażliwości na ruch. W kinie wiele dowiadujemy się o postaci, patrząc na to, jak mówi, jak się porusza, jakie gesty wykonuje. Taniec i gimnastyka pomagają – budują świadomość ciała i lepsze rozumienie ruchu jako narzędzia filmowego.
„Over the Limit” to nie pierwsze Twoje podejście do tematu gimnastyki.
Na pierwszym roku studiów robiłam krótki film o gimnastyce sportowej, a nieco później – etiudę, której bohaterkami były gimnastyczki. Ale żadna z tych prób nie dała mi satysfakcji. Potrzebowałam czegoś więcej, czegoś, co przekroczy ramy sportu – chciałam bohatera i tematu, który będzie ciekawy także poza sportowym kontekstem. To znalazłam dopiero przy "Over the Limit".
Dlaczego bohaterką uczyniłaś rosyjską gimnastyczkę?
Chciałam nakręcić film o rosyjskich gimnastyczkach, bo Rosjanki od lat pozostawały i pozostają niedoścignione. Z jednej strony pociągała mnie gimnastyka sportowa, z drugiej – Rosja.
Dlaczego?
Ten kraj od dawna mnie fascynował. Byłam wychowywana w wizji Rosji jako potężnego kraju o ograniczonej wolności. W „Over the Limit” chciałam opowiedzieć o tym, jak ta wolność wygląda dzisiaj.
Droga od gimnastyki do polityki wydaje się odległa…
W Rosji gimnastyka jest bardzo istotna także z powodów polityczno-propagandowych. Kiedy rosyjski zawodnik zdobywa medal, zdobywa go dla całego narodu, a jego siła świadczy o sile kraju. Rosja buduje swoją pozycję i wizerunek na sile, a sport jest tego istotną częścią.
Poza tym trenerką rosyjskich gimnastyczek jest Irina Viner-Usmanova, kiedyś znakomita zawodniczka, a dziś żona najbogatszego człowieka w Rosji dysponującego kilkunastoma miliardami dolarów. Kiedy się o tym dowiedziałam, pomyślałam, że być może uda mi się opowiedzieć o współczesnej Rosji poprzez historie gimnastyczek.
Kiedy zmieniłaś zdanie i film polityczny ustąpił miejsca dramatowi psychologicznemu?
Do końca chciałam, żeby mój film miał polityczne drugie dno. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że szukając politycznych metafor gubię swoje bohaterki. Zrozumiałam, że to, co jest poruszające w opowieści, to historia Rity, młodej gimnastyczki, która poświęca sportowi całe swoje życie. I choć to polityka zaciągnęła mnie do Rosji, na koniec uznałam, że chcę zrobić film o ludziach.
Świat gimnastyczek jest bardzo hermetyczny. Jak udało ci się do niego przeniknąć?
W 2013 roku w Rosji odbywały się zawody gimnastyczne Grand Prix Moskwa. Wraz z operatorem Adamem Suzinem pojechałam wtedy do Moskwy z nadzieją, że może uda się spotkać z którymiś zawodniczkami. Nie mieliśmy biletów ani akredytacji, ale jakoś wkradliśmy się tylnym wejściem i nikt nas stamtąd nie wyrzucił.
Kiedy zobaczyłam Irinę Viner, ubraną w kapelusz i futro, pomyślałam, że to postać filmowa. Wokół niej wszyscy stali na baczność, a ona przechadzała się między nimi jak generał. To była postać większa niż życie.

Kadr z filmu "Over the Limit", reż. Marta Prus. Fot. materiały promocyjne.
To ona miała być bohaterką Twojego filmu?
Wiedziałam, że muszę znaleźć bohaterkę wśród zawodniczek, bo kręcenie filmu o Irinie mijałoby się z celem. Ona jest zbyt mocną osobowością, by dać mi wolność twórczą.
Wtedy spotkałaś Ritę Mamun?
Od razu mi się spodobała. Miała w sobie emocjonalną głębię. Pomyślałam, że z nią mogę opowiedzieć historię bardziej osobistą – nie o gimnastyce, ale o człowieku i jego emocjach.
Łatwo było zdobyć zgodę na kręcenie filmu?
Podczas moskiewskich zawodów podeszłam do pani Iriny Viner, ale ona w ogóle nie była zainteresowana rozmową ze mną, a tym bardziej udziałem w filmie. Powiedziała mi, że teraz ona i zawodniczki wyjeżdżają na tydzień. Chciała mnie zbyć, ale potraktowałam to jako zaproszenie.
Po tygodniu pojechałam do Nowogorska, ośrodka przygotowań olimpijskich na obrzeżach Moskwy. Skłamałam, że jestem umówiona z panią Iriną, a żołnierze, którzy strzegą tego miejsca, po chwili wpuścili mnie do środka. Nigdy później nie udało mi się wejść na teren Nowogorska bez przepustki. Nawet podczas kręcenia filmu.
Jak wygląda to miejsce?
To bardzo nowoczesny ośrodek, gdzie jest mnóstwo mat do ćwiczeń, a także kamer, dzięki którym zawodniczki mogą analizować swoje układy. W środku tego wszystkiego jest pani Irina Viner, z mikrofonem w dłoni pokrzykująca na swoje zawodniczki.
Ale gimnastyczki w Rosji to nie są uciemiężone dziewczyny – to gwiazdy, ubrane w ciuchy od Gucciego, jeżdżące dobrymi samochodami. Są w Rosji niezwykle wielbione, a ich życiu towarzyszy przepych i celebrycki blask.
Jak przekonałaś Irinę Viner, by pozwoliła ci kręcić?
Uporem. W Nowogorsku przekonywałam ją do swojego pomysłu, ale nie chciała się zgodzić. W pewnym momencie podeszła do kobiety, która wpuściła mnie do sali, i na nią nakrzyczała. Ta pięćdziesięcioletnia pani ze łzami w oczach poprosiła, żebym wyszła, bo pani Irina jest już bardzo zła. Wychodząc wtedy z sali treningowej, wiedziałam, że zrobię ten film.
Jak?
Jeździłam na kolejne zawody i występy, by kręcić materiał. Podchodziłam wtedy do pani Iriny, żeby się przypomnieć i przekonać ją, jak zależy mi na filmie.
Tymczasem znalazłam polskiego producenta, a później koproducentów z Niemiec i Finlandii. Mój upór i międzynarodowa ranga filmu sprawiły, że pani Irina przekonała się do niego. Pozwoliła mi kręcić, wierząc zapewne, że w razie czego będzie mogła film zablokować.
A mogłaby?
Temu filmowi do końca towarzyszyła niepewność. Najpierw nie wiedziałam, czy uda mi się przekonać bohaterki. Później – czy pani Irina mnie stamtąd nie wyrzuci. A na koniec – czy zgodzi się na jego pokazanie na festiwalach. Przez pięć lat pracowałam nad filmem, który w każdej chwili mógł się nie udać.

Kadr z filmu "Over the Limit", reż. Marta Prus. fot. materiały promocyjne
Jak zareagowała, kiedy pierwszy raz zobaczyła „Over…”?
Oglądała go w swoim domu w Tel Awiwie. Po ledwie kilku scenach przerwała projekcję. Oburzyło ją, że pokazałam, jak mówi do swojej zawodniczki, że jest totalnym gównem. „Co to ma być? Chcesz skandalu? Takich słów nie może być” – to była jej reakcja.
Pomyślałam wtedy, że mamy kłopot, bo słowo „gówno” nie jest najmocniejszym, jakie pada z jej ust w tym filmie. Za trzy dni „Over the Limit” miało mieć światową premierę na festiwalu w Amsterdamie, więc nie było już mowy o przemontowaniu.
Poprosiłam, żeby obejrzała cały film i zobaczyła, że nie chodzi mi o skandal. Pani Irina zadzwoniła do znajomego z rosyjskiej telewizji i zaproponowała, by wszystkie przekleństwa wypikać. Pomyślałam, że to nie musi być największa tragedia dla filmu.
Oglądaliśmy dalej, a pani Irina w pewnym momencie przestała zwracać uwagę na przekleństwa. Kiedy film się skończył, była zachwycona. Powiedziała, że chce, aby film pokazano na festiwalu w Moskwie. Ostatecznie w Amsterdamie pokazaliśmy film bez jakiejkolwiek cenzury.
Po festiwalu recenzenci porównywali twój film do „Whiplash” i „Czarnego łabędzia” …
Ale film Aronofskiego nie był dla mnie inspiracją. Za to podczas montażu „Over the Limit” myślałam o filmie „Whiplash” Chazelle’a – dostrzegałam podobieństwa między moją historią a tamtą opowieścią o okrutnym, ale skutecznym nauczycielu.
To była świadoma inspiracja?
Nie. Kiedy kręcę film, podążam za instynktem. Nie umiem przygotować sobie gotowych rozwiązań, wolę iść za energią sceny i bohatera.
„Over the Limit” miało być opowieścią o polityce, ale nią nie jest. O czym więc jest twój film?
Nie umiem sprowadzić filmu do jednego zdania. Także dlatego, że nie chciałabym, aby ludzie odbierali ten film tak, jak ja go odbieram. A dla ciebie o czym on jest?
O poświęceniu i o samotności człowieka skupionego na osiągnięciu celu…
Zależało mi, żeby opowiedzieć o cenie sukcesu. Nie tylko sportowego. O tym, że kiedy zbyt mocno dążymy do jakiegoś celu, zapominamy o sobie. A sukces często nie jest tego wart.

Kadr z filmu "Over the Limit", reż. Marta Prus. fot. materiały promocyjne
A olimpijski sukces Rity? Jest przecież gwiazdą. Nie chciałaś pokazać splendoru, jaki jej towarzyszy, całej tej celebryckiej otoczki?
Chciałam, ale mi się nie udało. Nawet nie wiem, dlaczego. Zawsze uważałam tę celebrycką część życia Rity za mniej wartościową. To że Rita ma teraz piękne mieszkanie, dużo pieniędzy, że jeździ BMW otrzymanym od Putina, nie jest w tej historii najważniejsze.
Ciekawszy jest ludzki aspekt jej historii. To, że przez przygotowania do Igrzysk Rita nie mogła spędzić ostatnich chwil z umierającym ojcem; że nigdy nie widziałam, by cieszyła się tym, co robi. Bardziej niż kariera i blichtr interesował mnie intymny świat Rity.
Ta intymność jest widoczna także na poziomie formy – w zdjęciach i montażu. Kiedy rodził się pomysł na formę „Over the Limit?
Ona zrodziła się spontanicznie. Przed rozpoczęciem zdjęć praktycznie nie rozmawialiśmy z Adamem Suzinem, operatorem „Over…” o tym, jak mają wyglądać zdjęcia. Oboje jesteśmy intuicjonistami i po prostu podążamy za tym, co się dzieje. Podobnie było we współpracy z montażystą, Maćkiem Pawlińskim, który świetnie rozumiał tę energię.
Niedługo po światowej premierze „Over…” Variety wymieniło cię w dziesiątce twórców, których należy oglądać. Takie uznanie ma dla Ciebie duże znaczenie?
Nie potrafię się cieszyć takimi wyróżnieniami. Nagrody nie sprawiają, że mój film staje się lepszy, a ich brak nie czyni go gorszym niż jest. Nie buduję poczucia swojej wartości na opiniach innych.
Nagrody są ważne o tyle, że dzięki nim może mi być łatwiej zrobić kolejny film.
W przypadku „Over the Limit” chwile szczęścia były zupełnie gdzie indziej. Pierwsza– kiedy Irina zgodziła się na realizację filmu. Kolejna - kiedy Rita odpisała mi na smsa i postanowiła wystąpić w filmie. I jeszcze kolejna – kiedy po trzech miesiącach prac na stole montażowym zobaczyłam materiał i dotarło do mnie, że będzie z tego film. Wtedy byłam szczęśliwa.
A premiera filmu?
Dla mnie premiera filmu to jego pogrzeb.
Reżyserzy zwykle mówią o filmie jak o dziecku opuszczającym rodzinne gniazdo...
Dla mnie to pogrzeb. Film się ode mnie odrywa, a ja zostaję sama. Film już żyje poza mną. Jako reżyser zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić. Więc muszę iść dalej.
Rozmawiał: Bartosz Staszczyszyn, kwiecień 2018.