Budowanie w ślad za słońcem
Światło słoneczne jest niezbędne do życia, jednak w coraz gęściej zabudowanych miastach staje się towarem deficytowym. Jak architektura reaguje na to, abyśmy mimo przebywania pod dachem mogli korzystać z walorów słońca?
"(…) zapewnienie ludziom zdrowych mieszkań, to znaczy miejsc, w których trzy podstawowe warunki: przestrzeń, czyste powietrze, słońce będą zapewnione w obfitości" – to pierwsza z czterech i najważniejsza powinność urbanistyki według sygnatariuszy "Karty Ateńskiej". Dokument ten, podpisany i opublikowany w 1933 roku, był rewolucyjnym na owe czasy spisem kierunków, w jakich należy zmieniać miasta, aby stały się nowocześniejsze, ale i wygodniejsze do życia, by poprawić panujące w nich od rewolucji przemysłowej fatalne warunki, a także wykorzystać technologiczne zdobycze XX wieku w budownictwie. "Karta Ateńska" jest do dziś istotnym punktem odniesienia w procesie projektowania miast i osiedli, bo wiele z zawartych w niej tez jest uniwersalnych i ponadczasowych.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Panteon w Rzymie, fot. Edwin Remsberg / Getty Images
Obrazek
pantheon_fot_edwin_remsberg_gettyimages-841994234.jpg
Jedną z nich jest z pewnością apel o zapewnienie w mieszkaniach "przestrzeni, czystego powietrza i słońca", tylko pozornie banalny i oczywisty. Jeszcze pod koniec XIX wieku w rozwijających się europejskich miastach prawie nie istniała debata o mieszkalnictwie, a więc tym bardziej o zabudowie zdrowej, wygodnej, dostępnej. Rozumienie i docenianie walorów mieszkania, które można przewietrzyć i do którego dociera światło dzienne, to "wynalazek" zaledwie stuletni! "Kartę Ateńską" podpisali uczestnicy międzynarodowego Kongresu Architektury Nowoczesnej pod wodzą Le Corbusiera i to jego uważa się na autora słów o niezbędności do życia "przestrzeni, powietrza i słońca". Co prawda o "wydobycie" mieszkańców miast z zatęchłych, ciemnych suteren i oficyn walczyli działacze społeczni i niektórzy architekci już pod koniec XIX wieku, Le Corbusier z pewnością przyczynił się do rozpropagowania tego zagadnienia.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Warszawa, widok z Pałacu Kultury na zachód, pośrodku hotel InterContinental, fot. wikimedia commons
Obrazek
warszawa_widok_z_pkin_na_zachod.jpg
Dostęp światła dziennego do pomieszczeń mieszkalnych i użytkowych dziś regulują przepisy. Przez okna żłobków, przedszkoli i szkół (z wyjątkiem pracowni chemicznej, fizycznej i plastycznej) słońce powinno wpadać co najmniej przez trzy godziny. W przypadku mieszkań wielopokojowych ta reguła odnosi się do przynajmniej jednego pokoju; wyjątkiem są budynki mieszkalne na terenach śródmiejskich – tu ustawodawca uznał, że mieszkańcom wystarczy 1,5 godziny słońca dziennie, jeśli zaś mieszkanie składa się z jednego pokoju regulator już nie określa, jak długo powinien być on nasłoneczniony. Co ciekawe, autorzy "Karty Ateńskiej" także podawali takie wyliczenia:
Należy wymagać od budujących rysunków wykazujących, że w czasie trwania przesilenia zimowego Słońce dociera do każdego mieszkania przynajmniej przez dwie godziny dziennie.
Efektownym przykładem na to, jak owe przepisy mogą wpływać na formy architektury jest warszawski wieżowiec mieszczący hotel InterContinental. Charakterystyczne wycięcie jego bryły, podparte na słupie – "nodze" powstało, by odsłonić dostęp światła do znacznie niższego budynku mieszkalnego znajdującego się za hotelem.
W dwudziestoleciu międzywojennym o prawo do słońca dla uboższych mieszkańców walczyli działacze społeczni i architekci związani z ruchem socjalistycznym. Helena i Szymon Syrkusowie projektując robotnicze osiedle na Rakowcu w Warszawie, podłużne bloki wyposażyli w długie, poziome pasy okien. Miały one dostarczyć słońce i powietrze, a zarazem zrekompensować niewielki metraż mieszkań. Zapewnienie dostępu światła było oczywiste także dla urbanistów i architektów pracujących po II wojnie światowej (i wpisane w obowiązujące normatywy) – duże odległości między blokami i zieleń były standardem, docenianym na nowo dziś, gdy nowo budowane osiedla niekoniecznie taki komfort zapewniają. I w zwykłej, blokowej zabudowie mieszkalnej lat powojennych można znaleźć oryginalne pomysły architektoniczne na to, jak do mieszkań wprowadzić jak najwięcej słońca.
Hotel dla pielęgniarek Akademii Medycznej, Wrocław, fot. Anna Cymer
Choć nie rozpowszechnił się w Polsce ten model budynku, powstało kilka domów zwanych tarasowcami, w których kolejna kondygnacja jest nieco cofnięta względem niższej. W ten sposób każdy lokal ma w pełni nasłonecznione okna i balkon. Taką formę ma kompleks hotelu pielęgniarek Akademii Medycznej przy ulicy Ślężnej we Wrocławiu (to pochodzący z połowy lat 80. projekt Krystyny i Mariana Barskich), ale takie bloki mieszkalne znaleźć można m.in. w Krakowie, Rzeszowie, Kielcach.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Szkoła Podstawowa nr 148 im. Hugona Kołłątaja, Warszawa, fot. Dawid Żuchowicz/AG
Obrazek
szkola_-_ugona-kollataja-ag.jpg
Fakt, że w przepisach regulujących nasłonecznienie pomieszczeń osobno opisane są placówki edukacyjne, dobrze pokazuje znaczenie, jakie do tego jest przywiązywane. Szkoły jeszcze krócej niż mieszkania są projektowane z myślą o komforcie ich młodych użytkowników. O nasłonecznieniu i przewietrzaniu sal lekcyjnych zaczęło się na dobre mówić dopiero po II wojnie światowej, a bezprecedensowe przedsięwzięcie, jakim była budowa "tysiąclatek" za jeden z celów stawiało sobie powstanie takiego właśnie modelu zdrowego, wygodnego, higienicznego budynku szkolnego. Duże okna w klasach, ale i na korytarzach, na których uczniowie przecież też spędzają sporo czasu – to wynalazek dopiero połowy XX wieku.
Po mrokach wojny i okupacji architektowi polskiemu w 1945 r. jawiła się szkoła pełna światła i powietrza, dom schludny i sterylny. (…) Wzorem była szkoła o dużych, prostopadłościennych izbach lekcyjnych z wielkimi oknami, o prostym, czytelnym układzie przestrzennym. (…) Piękno domu szkolnego było jednoznaczne, obiektywne, racjonalne
– opisał to projektant budynków edukacyjnych i badacz architektury szkolnej, Janusz Włodarczyk.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Zdjęcie przedszkola na terenie fabryki mebli Forte w Ostrowi Mazowieckiej. Projekt: (xystudio) Dorota Sibińska, Filip Domaszczyński, Marta Nowosielska, Natalia Komsta i Anna Prałat, 2015, fot. Filip Domaszczyński
Obrazek
przedszkolezoltyslonik111.jpeg
O ile w najnowszym budownictwie mieszkaniowym z nasłonecznieniem mieszkań bywa różnie (gęsto budowane osiedla zapewniają ustawowy limit słońca, ale rzadko kiedy coś więcej), w architekturze związanej z edukacją na dostęp światła słonecznego się nie oszczędza i wiele z obiektów kształtowanych jest tak, by dzieci w słonecznych pomieszczeniach były cały dzień. W mniejszych obiektach, jak przedszkola, buduje się na przykład atria, które pełnią funkcję wewnętrznych dziedzińców do zabawy, a jednocześnie są dodatkowym źródłem słońca. Są też rozwiązania bardziej oryginalne. Architekci z pracowni Medusa Group projektując budynek szkoły średniej w warszawskiej dzielnicy Wilanów, połączyli ścianę okien ze schodami, które prowadzą na taras na dachu, ale służą też uczniom jako miejsce spotkań. Okna znalazły się we wcięciach pomiędzy zwężającymi się ku górze biegami schodów.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Szkoła w Wilanowie, fot. Medusa Group
Obrazek
szkola_w_wilanowie_fot_medusa_group.jpg
Wspomniane atrium jako element architektoniczny znane było już starożytnym. Rzymianie chętnie budowali sobie domy wyposażone w taki otwarty, wewnętrzny dziedziniec, ten jednak służył innym celom niż nasłonecznienie wnętrz. Dziś atria posiada duża część budynków biurowych i dużych obiektów handlowych – nakryte szklanymi dachami i otoczone galeriami dają wrażenie otwartej, jasnej przestrzeni, które buduje także obficie dostające się do środka światło słoneczne. Po model domu atrialnego sięgają też architekci projektujący wille. Tu korzyść jest podwójna: więcej słońca, ale i prywatności, bo do atrium nie zajrzy przecież ciekawski przechodzień. Jeszcze inny pomysł na zapewnienie klientom światła, ładnego widoku i poczucia intymności zastosowali architekci z biura toprojekt.
Cichy Dom, fot. Toprojekt
Dom w miejscowości Czerwionka-Leszczyny rozszczepia się na mniejsze bryły, które niczym tuby rozchodzą się w dwóch kierunkach. Każdą z nich zamyka osłonięte wysuniętymi ścianami ogromne przeszklenie, dające światło i widok na ogród, ale jednocześnie posiadające osłonę przeciwko hałasowi i wzrokowi sąsiadów. Jeszcze dalej w pomysłowości poszedł Robert Konieczny, projektując dom, którego część… podąża za słońcem. Dom Kwadrantowy, inspirowany przyrządem do wyliczania położenia gwiazd, ma wyodrębniony z bryły zadaszony taras, który dzięki specjalnie zaprojektowanemu mechanizmowi porusza się, ustawiając tak, by optymalnie wykorzystywać nasłonecznienie o każdej porze dnia.
Światło słoneczne jest niezbędne do życia ludziom, zwierzętom, roślinom. Zapewne ze względu na swoje znaczenie dla życia na Ziemi ma także moc symboliczną, która wykorzystywana jest w obiektach służących duchowości. Na przykład w kościołach. Już przecież w starożytnym Rzymie powstał Panteon, ze świetlikiem wybitym w szczycie kopuły. Przesączające się przez witraże słońce do stworzenia nastroju sacrum wykorzystywali architekci od średniowiecza, w baroku budowali kaplice, w których sprytnie ukrywali świetliki, przez co wierni nie mogli dojść, skąd dochodzi światło (więc często uznawali, że od bytów nadprzyrodzonych). Także współcześnie powstają obiekty, których formy powstają w relacji ze światłem słonecznym, tak, aby stało się ono niejako jednym z "budulców" świątyni. Z takich pomysłów słynął mający na swoim koncie kilkadziesiąt projektów kościołów Władysław Pieńkowski; w kościołach w Kaliszu czy w świątyni dominikanów w Warszawie w sklepieniu prezbiterium wybił wąski świetlik, z którego promień słońca kierowany jest prosto na ołtarz.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kościół Opatrzności Bożej, Kalisz, proj. Władysław Pieńkowski, fot. Anna Cymer
Obrazek
kosciol_opatrznosci_bozej_kalisz.jpg
Uważany za najwybitniejszego autora obiektów sakralnych Stanisław Niemczyk w kościele pod wezwaniem św. Ducha w Tychach zastosował podobne rozwiązanie – świetlik także doświetla ołtarz. Tyski kościół jednak światło wykorzystuje także na inne sposoby. Nakryty spływającym prawie do ziemi dachem budynek otacza zacieniony podcień, przez który wierni przechodzą do wnętrza świątyni, której wnętrze oświetla nie tylko otwór w dachu, ale i wąskie okna w ścianach. Wyłożona drewnem i pokryta freskami Jerzego Nowosielskiego nawa kościoła z subtelnie dostającym się do środka słońcem sprawia wrażenie magicznej przestrzeni kontrastującej z izolującym od otoczenia ciemnym krużgankiem na zewnątrz.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kościół św. Ducha, Tychy, proj. Stanisław Niemczyk, fot. Anna Cymer
Obrazek
kosciol_sw._ducha_tychy.jpg
Choć w obliczu przybierających na sile zmian klimatycznych o świetle słonecznym coraz częściej mówimy jak o zagrożeniu, wciąż potrzebujemy go do życia, zarówno dosłownie, ze względów zdrowotnych, jak psychologicznych i emocjonalnych. W końcu to polska zima właśnie ze względu na brak słońca jest najtrudniejszą do przetrwania porą roku. Na szczęście architekci, choć przecież ich dzieła mają nas separować od otoczenia, starają się na różne sposoby zachować dla nas dostęp światła słonecznego.