Mówił pan kiedyś, że w 1968 roku myśleliście nie tylko o polityce, byliście też młodzi i szczęśliwi...
Ludzie młodzi nie wiedzą, że są młodzi. Byliśmy szczęśliwi, bo mieliśmy poczucie, że robimy coś pożytecznego – te wiersze trafiały do ludzi mimo problemów z cenzurą czy milicją. Kiedyś byłem w Rzymie na konferencji poświęconej Brodskiemu i ktoś mówił, jaki to był dla niego straszny okres w Leningradzie, kiedy był obserwowany przez policję, zesłany na północ. Ja wtedy powiedziałem, że to nieprawda. On był młody, wiedział, że jest genialny, czuł radość talentu. Myślę, że młodzi artyści zaczynają od niepewności: czy mam coś do powiedzenia? On bardzo szybko miał dowody, że tak, ma talent, jest podziwiany jako młody poeta. Powiedziałem, że nie wierzę, że jako młody był nieszczęśliwym poetą. Pomimo milicji, komunizmu był na pewien sposób szczęśliwy, rozpierała go energia talentu.
To nie jest automatyczne szczęście, czasem udaje im się coś wypowiedzieć w poezji, w sztuce, w nauce, nawet w piłce nożnej. Szczęście się bierze z tego, że się znalazło pewien rodzaj ekspresji, która się spotyka z uznaniem.
Czy to samo można powiedzieć o dzieciństwie? Pisał pan: "oddajcie mi moje dzieciństwo" i dalej: "teraz na pewno wiedziałbym, jak być dzieckiem".
Na pewno dziecko nie wie, że jest dzieckiem. Ale ja nie byłem nieszczęśliwym dzieckiem. Wydaje mi się, że wielu ludzi w jakiś sposób marzy o powrocie do dzieciństwa, co jest niemożliwe, jak wiemy. Ale są takie chwile, że tak naprawdę przeżywamy dzieciństwo, kiedy się już skończy. Póki jesteśmy dziećmi, ten rodzaj przeżycia świata... nie znamy innego. Dopiero jak stajemy się ludźmi dorosłymi, poznajemy inny rodzaj życia w świecie, bardziej prozaiczny, bardziej zorientowany na to, żeby przetrwać. I wtedy nagle rozumiemy, jakim skarbem było dzieciństwo.
Czy marzy pan o powrocie do dzieciństwa?
Nie, to jest figura retoryczna. Mnie się wydaje, że we mnie przetrwały jakieś wspomnienia z dzieciństwa, dla mnie dzieciństwo nie jest bezpowrotnie stracone.
Bardzo dużo pan pisze o dzieciństwie...
No tak, to nie ja jeden mówię, że nie ma poezji bez dzieciństwa, dzieciństwo jest poezją życia, każdy ma ten dar jako dziecko, niektórzy to tracą, niektórzy ratują.
Istnieje opinia, że główne tematy poezji to miłość i śmierć. W pana wierszach jest dużo miłości, ale jeszcze więcej śmierci...
Nie liczyłem. Napisałem sporo elegii dla ludzi, którzy odeszli. To jest osobny rodzaj podejścia do śmierci. Oczywiście, każdy, kto pisze elegie, nie zapomina, że i on kiedyś odejdzie, podstawą elegii jest gest przeciwko śmierci – żeby tego kogoś, o kim piszemy, na moment wskrzesić. Elegia jest pewnego rodzaju pocieszeniem, wskrzeszeniem, dzięki temu jest pojedynkiem ze śmiercią: "Oddaj mi tego człowieka choćby na moment!". To jest o śmierci, ale bardziej przeciwko niej. Ale oczywiście zdarzają się wiersze, w których medytuję nad tym, czym będzie śmierć dla mnie, ale wydaje mi się, że ich nie jest tak dużo.
Pisze pan też: "Jesteście moimi mistrzami, umarli"…
Częściowo to wynika z oczywistej konstatacji, że jak idziemy do muzeum lub na koncert, na ogół przemawiają do nas umarli: wielcy kompozytorzy, którzy niekiedy kilkaset lat nie żyją, albo wielcy malarze. Ci umarli uczestniczą w naszym życiu i to też nie jest celebrowanie śmierci, tylko przeciwnie – oni nam dają życie. Często ktoś słucha Bacha i Bach daje mu siłę. To jest niesamowite! Człowiek, który nie żyje od kilkuset lat, potrafi dać komuś siłę, prawda?