Zadzwonił Włodzimierz Korcz, powiedział, „Jacku, jest piękna, młoda, zdolna dziewczyna, Edyta Geppert, napisałem dla niej piosenkę”. A ja mu na to mówię, „Włodku, ja muszę się z nią spotkać”. On mi na to mówi, „Niestety nie możesz, bo ona jest na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, a musimy oddać piosenkę, bo zbliża się Opole”. Miał jednak kasetę VHS z jej recitalu dyplomowego. Obejrzałem i już wszystko o Edycie wiedziałem… Zobaczyłem różne odcienie jej możliwości wokalnych, jej osobowości. Były tam piosenki dramatyczne i komiczne. Potem zobaczyłem też, jak śpiewała we Wrocławiu… i napisałem to. Lekko ją postarzyłem, bo napisałem „trzy tuziny swych lat”, a chyba ich jeszcze nie miała. Przeprosiłem ją za to, gdy się potem spotkaliśmy. Wydawało mi się, że muzyka ma taki potencjał emocjonalny, że należy stworzyć wizerunek kobiety, której się nie udało. Która musi z siebie wyrzucić te emocje, no i gdzieś tam doprowadzić do jakiejś krawędzi życia i śmierci. Ale nie myślałem wtedy, jak to pisałem, że Edyta do tego tekstu dołoży taką swoją, jak to nazywam, ekspresję ostateczną. Nikt nie miał już wątpliwości, jak to się skończy – dziesięć pięter i ciemność.