Patryk Zakrzewski: Gdzie się strzyżesz? Czy masz swojego fryzjera, do którego zawsze chodzisz?
Paweł Sołtys: Strzygę się u pana Wieśka na Zwycięzców. Jego rodzina zaczęła prowadzić ten zakład w latach 60. Kiedy trochę poszperałem, to okazało się, że odkupili lokal od poprzednich właścicieli, a samo miejsce istnieje od lat 30. – czyli powstało w początkach zabudowy ulic Saskiej Kępy w dwudziestoleciu. Zaskoczyło mnie, że w czasach PRL-u to był prywatny interes – zrzeszony w cechu fryzjerskim, ale to nie był państwowy lokal.
Pan Wiesiek strzyże tak, jak kiedyś się strzygło, bardzo elegancko – i w przeciwieństwie do nowoczesnych barberów za pięć dych, a nie za 150 złotych. Strzygę się po męsku z przedziałkiem, tak jak strzygli się mężczyźni 50 lat temu, przepłacanie za to u barbera wydaje mi się ekstrawagancją. Dziś te stare zakłady znikają, ale u pana Wieśka właściwie cały czas jest ruch. Panowie z okolicy – w moim wieku i starsi – już nie pójdą do barbera, to już nie jest dla nich.
Gdy mieszkałem na Grochowie, to też chodziłem do takiego fryzjera, niestety zapomniałem już jego imienia. Od niego być może zresztą wzięła się ta książka, choć oczywiście mój bohater w żaden sposób nim nie jest. Tamten mój fryzjer z Grochowa lubił sobie zrobić małą przerwę na zapleczu – wypił pięćdziesiątkę i wracał. Ale dobrze strzygł, nie mogę powiedzieć.
To też opowiem ci historię fryzjerską. Kiedy moja fryzjerka zachorowała i przez dłuższy czas nie pracowała, przypomniałem sobie o starym zakładzie w okolicy, czasem chodziłem do niego w dzieciństwie. Poszedłem tam, siadam w fotelu, nagle słychać przez szybę zgrzyt skręcającego tramwaju – a pan mówi: „oho, tramwaje piszczą, na coś się zanosi” i zaczyna opowiadać – z przykładami – o tym, że w dni, w których tramwaje są głośniejsze, częściej zdarzają się rzeczy dziwne i niezwykłe.
To jest właśnie ten styl, o którym mówimy. Stąd się wziął pomysł na tę książkę – fryzjerzy kiedyś, bo to już się niestety zmienia, byli takimi hubami opowieści. Opowiadano im, a oni przekazywali te historie dalej. Przychodzili do nich sąsiedzi, znajomi, stali klienci, ale też przypadkowi przechodnie, którzy akurat byli w okolicy, więc kumulowały się tam także historie z innych miejsc, spoza dzielnicy.
Ważnym tematem tej książki jest zanik sztuki opowiadania. Jakie są, twoim zdaniem, tego przyczyny?
Paweł Sołtys, „Monolok”, fot. Czarne
Wszyscy wiemy, skąd to się bierze. Po pierwsze, mamy bardzo dużo innych rozrywek – od Netflixa przez sto kanałów w telewizji i internet. Z drugiej strony też jest trochę tak, że w ogóle ludzie zrobili się wsobniejsi. Szczególnie młodsi, którzy często socjalizują się w sieci, gdzie skrótowe formy są lepiej widziane niż dłuższa opowieść. Myślę, że moglibyśmy się cofnąć jeszcze do czasów pojawienia się SMS-ów, gdy nagle się okazało, że informacje trzeba przekazywać szybko i krótko. I gdzieś w tym wszystkim ci wspaniali opowiadacze i opowiadaczki zaczęli wymierać.
Dobrym przykładem będą tu knajpy. Gdy pójdziesz do lokalu starej daty, jak Fregata czy Amatorska, to jest jeszcze szansa, że ktoś się do ciebie dosiądzie i opowie ci historię. Gdy pójdziesz do modnej knajpy na Śródmieściu, to szanse na to są znikome – tam już raczej chodzi o podryw, tańce, o napicie się. Nie ma w tym nic złego – też byłem kiedyś młody. Ale widzimy, że ta sztuka opowieści niestety zanika. Oczywiście „niestety” z mojego punktu widzenia. Czy dla świata to gorzej, czy lepiej – nie umiem ocenić.
Bardzo lubiłem, na przykład, Astorię w grochowskim Uniwersamie – na górze była sala balowa, a na dole był bar. Myślę, że połowa mojego pisania jest z tamtego baru. Oczywiście potem to przerabiam, zmieniam, zmyślam, ale z takich miejsc wyniosłem melodię tej opowieści.
Wiele się pisze i mówi o postpiśmienności, o tym, że wracamy do kultury obrazkowej. Kiedyś opowiadało się dowcipy, a dziś pokazuje się memy.
Powiedziałbym, że to jest postliterackie, bo przecież właśnie literatura oralna była początkiem literatury. Przez wiele tysięcy lat istniała tylko ona, dopiero potem nauczyliśmy się zapisywać te historie. Opowieści, które prawdopodobnie zebrał Homer – czy też te dwie lub więcej osób, które uważamy za Homera – funkcjonowały wcześniej w obiegu mówionym. Jeszcze nie tak dawno temu w Afryce Zachodniej byli grioci, których zawodem było znanie opowieści. U nas na wsiach też mieliśmy piękne tradycje opowiadania.
Mam małą nadzieję, że ludzie za tym zatęsknią. Nie chcę wpadać w socjologiczny ton, bo nie jestem socjologiem, ale mam takie przeczucie, że to prowadzi nas do samotności. Opowieść łączy: ja komuś coś opowiadam, ktoś mi coś opowiada i kto wie, co z tego wyniknie – może się zaprzyjaźnimy, może się zakolegujemy, może się zakochamy. Opowiadanie historii jest jakąś formą walki z samotnością.
Ktoś spytał mnie ostatnio, jakie lubię imprezy. Gdy miałem dwadzieścia kilka lat i grałem z soundsystemami, to bez zająknięcia mogłem wymienić listę imprez i klubów, do których moim zdaniem warto było chodzić. A teraz najbardziej lubię pójść do znajomych czy przyjaciół, usiąść przy stole – przy winie albo przy herbacie, to nie musi być alkohol – i po prostu gadać. Brakuje mi tego. Bardzo często jest tak, że siadasz i gadasz, ale wszyscy co rusz zerkają w telefony, bo na pewno coś ciekawszego wydarzyło się na świecie przez ten czas.
A co twoim zdaniem sprawia, że ktoś jest dobrym opowiadaczem? Jest takie osiedlowe pojęcie bajery, które też pojawia się w twojej książce.
To jest po prostu talent. Myślę, że to zanika także z tego powodu, że kiedyś uczyłeś się tego od wczesnego dzieciństwa. Pamiętam, jak na koloniach opowiadaliśmy sobie filmy. Nauczyłem się wtedy opowiadać o dwóch filmach sensacyjnych, których nie widziałem – Komando i Dzikich Gęsiach II. Tyle razy o nich słyszałem, że potrafiłem streścić fabułę bez oglądania.
Albo wspomniane opowiadanie dowcipów – dziś bardzo mało osób to umie. Nie mam tu na myśli sprośnych żartów wujka na weselu, ale chodzi mi o dłuższą anegdotę. To jest przecież opowiadanie – ma zazwyczaj wstęp, rozwinięcie i puentę, która ma zaskoczyć.
Kiedyś Stasiuk pięknie napisał o tym, że przetrwał w więzieniu między innymi dlatego, że współwięźniowie wynajmowali go pod celę, żeby opowiadał im książki, Hrabiego Monte Christo i inne. Takie umiejętności były cenione. Gościowi z tak zwaną dobrą bajerką żyło się lepiej na dzielnicy.
Jest takie przysłowie: „Chłop mowny a kot łowny z głodu nie zemrą”. A jakie opowieści lubisz najbardziej?
Wszyscy chyba lubimy historie z suspensem: żeby było w nich coś lekko mrożącego krew w żyłach albo zabawnego. Ale im jestem starszy, tym coraz bardziej cenię sobie opowieści dotykające czasów, których nie poznałem. W dzieciństwie dużo nasłuchałem się opowieści pradziadków, dziadków czy kolegów dziadka, ale żałuję, że nie namawiałem ich na więcej, że sporo pozapominałem. Mój dziadek urodził się w 1917 roku w Kijowie, a w związku z tym, że on też kiedyś słuchał opowieści ludzi starszych od siebie, to mógł mówić o rzeczach, które działy się jeszcze w XIX wieku. Opowieść, tak jak literatura, może być podróżą w czasie – jedyną dostępną nam, póki co. Przekazywanie historii rodzinnych – gdy babcia opowiada coś wnuczce, a wnuczka być może kiedyś opowie to swojej wnuczce – jest przekraczaniem krótkiego ludzkiego życia.
Tak samo jest z literaturą – gdy czytasz, powiedzmy, Babla i nagle uświadamiasz sobie, jak wiele masz wspólnego z ludźmi, którzy żyli w Odessie ponad sto lat temu. Dobra opowieść i dobra literatura potrafią cię tam przenieść.