Michał Przeperski, “Dziki Wschód. Transformacja po polsku 1986-1993”, fot. Wydawnictwo Literackie
To rzeczywiście ciekawe, bo problem "pełzającej przedsiębiorczości" dotyczy okresu 1989-1990, przede wszystkim zaś właśnie 1989 roku. Komunistyczny premier Mieczysław F. Rakowski miał nadzieję, że jak poluzuje prawo i niemal wszystko, co dotyczy prowadzenia działalności gospodarczej stanie się możliwe, to ludzie natychmiast rzucą się do tego, by zagospodarowywać tę przestrzeń. I w dużej mierze się rzucili, ale nie w skali jakiej rząd Rakowskiego by sobie życzył. Myślę, że stało się tak z dwóch powodów. Ów potencjał przedsiębiorczości wśród Polaków rzeczywiście był ogromny, ale nie mógł być lekarstwem na wszystkie problemy krajowej gospodarki. A po drugie, Polacy po prostu nie ufali już komunistycznemu państwu. Wprowadzono prawo, które otwierało przed ludźmi nowe możliwości, ale wielu nie chciało z tego skorzystać, bo nie czuli żadnej pewności prawa. I wkrótce to państwo się rozsypało – nie tylko dlatego, że zbankrutowało, ale również właśnie z powodu braku legitymizacji.
Chwilę wcześniej jednym z pomysłów na ratowanie PRL miały być wspólne rządy partyjnej nomenklatury z elitą fachowców, sprawnych menedżerów. Gdzie w tym w ogóle był jakiś nowy pomysł? Kojarzy się to z odgrzewaniem technokratyzmu czasów Gierka.
Generalnie bym się zgodził i myślę, że to był w ogóle strukturalny problem komunizmu. Dziś rozmawiałem z kolegą z Węgier o kadaryzmie, co też bardzo mnie interesuje. Otóż na Węgrzech już od lat 60. podstawowym czynnikiem legitymizacji systemu był technokratyzm i skuteczność zarządzania, czyli podejście typu: jesteśmy sensowni i rzeczowi, pozwolimy wam zarabiać, co prawda mamy czerwone legitymacje, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Wy zaś pozwolicie nam spokojnie rządzić, nie będziecie się buntować.
W tym sensie pewnie rzeczywiście nie było w tym żadnego nowego pomysłu za wyjątkiem tego, że te polskie reformy końca lat 80. miały być najdalej posunięte – tyle możemy o nich powiedzieć, bo przecież nie zostały doprowadzone do końca, miały iść dalej. Ale też zawsze mogły być cofnięte, co jest bardzo ważne, a czasem nam to umyka z horyzontu. Partia dała, partia zawsze może zabrać. Ciekawe jest to, że komuniści końca lat 80. właściwie już nie mieli nic ludziom do zaoferowania. Jedyne co mogli zaproponować, to właśnie tę eksplozję przedsiębiorczości. Weźcie sobie łóżka polowe, zacznijcie handlować i nie zawracajcie nam głowy. No i zostawcie nas u władzy – to była ich jedyna propozycja.
Aż przyszedł moment, gdy to apatyczne i niechętne aktywności politycznej społeczeństwo mogło coś politycznie wyrazić. I stało się to 4 czerwca 1989 roku. Te wybory miały konstrukcję plebiscytu – jeśli głosujesz za "Solidarnością", to znaczy, że chcesz zmian. "Solidarność" była antytezą ówczesnej władzy i tej antytezy chciała większość.
Wspominasz, że w jednostkowych biografiach "prywatny socjalizm" niekoniecznie skończył się w 1989 roku, tylko np. kilka lat później, gdy prywatyzowano zakłady, w których te osoby pracowały. A dlaczego w książce przyjąłeś rok 1993 za cezurę?
Myślę, że ta książka ma dwie płaszczyzny – moją osobistą i uniwersalną. Moja prywatna perspektywa jest taka, że urodziłem się w 1986 roku, czyli w 1993 roku poszedłem do pierwszej klasy podstawówki. Patrząc na to kognitywnie, to jest ten okres dorastania, w którym zaczynam odczytywać otaczająca mnie rzeczywistość szerzej, np. pamiętam już dobrze wiadomości z tego okresu. Tak więc te lata 1986-1993 to jest dla mnie taki moment, w którym już jestem na świecie, ale jeszcze nie potrafię go dobrze odczytywać, więc próbując go zrozumieć dziś, robię to poprzez źródła.
A druga płaszczyzna jest taka, że rok 1993 był z wielu względów dla Polski przełomowy. Ostatnio uświadomiłem sobie, że powtarzam w książce pewną myśl zainspirowaną książkami Roberta Krasowskiego o historii politycznej III RP – który nieraz dość cynicznie patrzy na świat polityki, ale próbuje też wyłuskać takie nieoczywiste rzeczy. Chodzi o to, że wybory parlamentarne w 1993 roku, to nie była żadna katastrofa, tylko przykład na to, że ta demokracja działa już wówczas, jak należy – skoro najwięcej głosów zdobyli wtedy postkomuniści, to proszę bardzo, oto rząd postkomunistyczny. Przecież tak działa demokracja, nieprawdaż?
Takim kamieniem milowym z perspektywy historii politycznej jest też to, że wtedy wreszcie wycofuje się stąd Północna Grupa Wojsk Radzieckich, choć wówczas już pod rosyjską flagą. W dzisiejszej perspektywie nikogo chyba nie trzeba przekonywać, dlaczego to było tak ważne. A te dwa wspomniane wydarzenia dzieliły dwa dni: 17 września – bardzo symbolicznie – wycofują się z Polski ostatecznie te postradzieckie wojska, a 19 września są wybory. Czyli nie mamy już Sowietów, jesteśmy samorządni, ten dom jest naprawdę nasz.
I chociaż moja książka z założenia nie jest wywodem o historii politycznej III RP, ale ta rama polityczna jest naprawdę konieczna. Bez niej nie zrozumiemy w pełni tego, co się wówczas wydarzyło.