Zanurzeni w historii, sięgający po wielkie wydarzenia i ważne postaci, rodzimi twórcy (ze wspomnianymi wyjątkami w osobach Sobieszczańskiego i Pawlikowskiego), za nic mają współczesne problemy. Ich kino nawet nie próbuje wejść w dialog z otaczającym światem. Polski mainstream skażony jest koniunkturalizmem – serwuje opowieści, które łatwo jest sprzedać: biografie znanych i lubianych, a także historyczne rozprawki o wydarzeniach znanych z podręczników historii.
W czasach kryzysu kinowej dystrybucji producenci znad Wisły wolą podążać za modami, niż je wyznaczać. Ryzyko ograniczają do minimum. Reżyserzy najczęściej stają się tutaj jedynie realizatorami, a nie autorami filmowych wizji. Dobrze, gdy filmowy talent i rzemiosło pozwalają uskrzydlić ekranowe opowiadania – jak dzieje się w Naszej rewolucji Piotra Domalewskiego, reżyserowanej pewną ręką, świetnie filmowanej i koncertowo zagranej. Gorzej, gdy wielkie tematy przytłaczają filmową formę i stają się jedynym „sprzedażowym elementem” projektu, jak w przypadku nieudanego Pojedynku czy też mało angażującej Zimy pod znakiem Wrony.
Wśród twórców docenianych i wyczekiwanych w Gdyni z historycznego trendu wyłamała się Agnieszka Smoczyńska, której dystopijny Hot Spot okazał się dziełem tyleż wizjonerskim, co niekomunikatywnym. Opowieść o świecie przyszłości, w którym sztuczna inteligencja przejmuje władzę nad światem, a ludzie stają się jej niewolnikami, uwodziła plastyczną formą, ale zawodziła jako cyberpunkowy thriller pozbawiony napięcia.
W eskapistyczny nurtu nie wpisał się także Łukasz Ronduda od lat prowadzący w polskim kinie własny projekt filmowo-kuratorski. W Powiedz mi, co czujesz nie tylko opowiedział historię inspirowaną życiem Patryka Różyckiego, ale też – wraz ze scenarzystką Agatą Koschmieder – stworzył portret młodego pokolenia, które poszukuje języka do wyrażenia swojego bólu. Z czułością opowiedział o świecie klasowych podziałów, o czasach kultury terapeutycznej i roli sztuki w nazywaniu i oswajaniu własnej tożsamości.
(O)błędy młodości