Skupiając się na postaci Wiesławy, Sobieszczański wykonuje ostentacyjnie antyfilmowy gest. Nie szuka sposobu na uatrakcyjnienie opowieści o narodzinach uczucia ani nie podkręca emocjonalnych potencjometrów, lecz celowo schładza swoje opowiadanie. W jednej sekwencji przez ponad dwadzieścia minut zostawia nas sam na sam z samotną dziewczyną, która na więziennej pryczy wystukuje kolejne słowa, wyczekując odpowiedzi z drugiej strony ściany.
Wydawać by się mogło, że taki sposób prowadzenia narracji to przepis na filmową katastrofę. I faktem jest, że przez pierwszych kilka minut niełatwo jest się zaadaptować do tego osobliwego rytmu. W czasach dopaminowego głodu, social mediów i streamingowych produkcji zbudowanych na niekończących się punktach zwrotnych dwadzieścia minut z zamkniętą w celi młodą kobietą może wydawać się absurdem. Ale właśnie tu dzieje się filmowa magia. Już kilka ujęć później dostrajamy się do zaproponowanego tempa, świadkując narodzinom miłości. Kiedy w pewnym momencie bohaterka wystukuje kolejne pytanie i dostaje odpowiedź, na jej twarzy pojawia się uśmiech zakochania. Dzięki Sobieszczańskiemu i brawurowemu aktorstwu Marii Dębskiej stajemy się świadkami tego niezwykle intymnego momentu.
Ten narracyjny wybór koncentracji na jednej bohaterce sprawia, że Przez ścianę jest koncertem jednej aktorki. Dębska niemalże nie znika z ekranu. I rządzi nim niepodzielnie, wydobywając ze swojej postaci różne aktorskie barwy. Bywa zrozpaczoną więźniarką miażdżoną przez system i zakochaną dziewczyną tęskniącą za swoją bratnią duszą. Kocha, boi się, próbuje żyć pełnią życia. Jest krucha i charakterna zarazem. Dębska jest bezbłędna w każdej z tych odsłon – wzrusza, budzi sympatię, a czasem uwodzi, choć reżyser celowo pozbawia ją całego blichtru i glamouru, z jakim Dębska może kojarzyć się części widzów.