Bogactwo filmowych cytatów nie przysłania jednak fundamentalnego problemu, z jakim boryka się najnowszy obraz reżysera. A jest nim leniwe tempo i brak napięcia, które charakteryzują zwłaszcza pierwszą połowę filmu. Zamiast budować żywy rytm, reżyser stawia na niepokój wynikający z niepełnego dostępu widza do informacji o bohaterach. Ale granie tajemnicą na dłuższą metę okazuje się niewystarczające. Holoubek obiera tu bowiem strategię gawędziarza, który snuje swoją historię powoli i bez werwy, obiecując co jakiś czas, że jeśli tylko wytrzymamy do momentu poznania prawdy, to ujawnienie wprost wyrwie nas z butów. No ale nie wyrywa. I na tym zasadza się problem filmowego Dzikiego, dzikiego wschodu – złożona obietnica okazuje się kapiszonem. Wybucha głośno, ale siła uderzenia jest mizerna.
Finałowe sekwencje, w których prawda o bohaterach wreszcie wychodzi na jaw, to kaskada twistów zmieniających ofiary w katów (i to po wielokroć) i wiadomości wywracających wszystko, co o nich dotychczas wiedzieliśmy. Inscenizowany przez Holoubka korowód pojedynków i wzajemnych szantaży okazuje się zresztą całkiem zabawny, przemieniając Dziki, dziki wschód w filmową szaradę. Efektowną, ale nieco błahą. Zupełnie jakbyśmy oglądali kolejny film z serii Na noże.
I właśnie wtedy reżyser dokonuje ostatniej wolty, która zasadniczo zmienia odbiór całego filmu. Na kilkanaście minut przed końcem zupełnie przestawia zwrotnicę i przekierowuje opowieść w stronę holokaustowego moralitetu. Ta zmiana wywołuje dysonans – stylistyczny, znaczeniowy, a nawet etyczny.