Liryki lozańskie wyznaczały ważne ścieżki tworzenia, których tropem podążało wielu artystów. Otwierając dla twórców pewną szansę rozliczeniową, podsumowania doznań, całościowego ujęcia życia, sprzeciwiły się konwencji "sztuki rytmotwórczej". Stały się one także pewnym wzorcem dla Wata, był on zakorzeniony w tradycji formalnej romantyzmu, czerpał z niej lirycznie. Cykl lozański jako fundamentalnie związany z możliwościami naszego języka, dający niezaprzeczalną szansę wyrażenia się jako twórcy, jest też czymś więcej.
W każdym języku – pisał Wat [dziennik bez samogłosek] – odmienne, zatem nieprzetłumaczalne są te słowa pojedyncze, które są poetycko pełnowartościowe. Gdzie sama fonetyka ewokuje sens. Na przykład w polskim języku słowo "płynąć" – szeroki oddech, przestworza i działanie w nich. Po angielsku natomiast będzie to słowo "swim". I na to nie ma rady. (Kuczera-Chachulska, 2012)
Watowską "lozańskość" można zauważyć chociażby w "Śnie" czy "Buchalterii". Obecna tam, pod pewnym względem magiczna "woda" bez wątpienia nasuwa jasne konotacje. W późnym okresie swojej twórczości Wat pisze jeszcze kilka takich utworów. Jednym z nich jest wiersz z roku 1956, zatytułowany "Z perskich przypowieści":
Nad wielką bystrą wodą
na brzegu kamienistym
leżała czaszka
krzyczała: Allah jah illah
I tyle w tym krzyku grozy
i tyle było błagania
i taka jej była rozpacz,
że spytałem sternika:
O co tu jeszcze błagać? I co ją jeszcze trwoży?
Jaki ją może nad to porazić wyrok boży?
Wtem nadbiegła fala
pochwyciła czaszkę
i rozkołysawszy
zdruzgotała o brzeg.
Nic nie jest ostateczne
– powiedział sternik głucho –
i nie ma dna gorszemu.
Lozańskie nastroje, choć z początku trudne do odkrycia, są tu na wskroś obecne. Pomiędzy linijkami Watowskiej poezji wybrzmiewa nuta bluźniercza Allah jah illah. Koloryt utworu to też groza, rozpaczliwa melancholia, napięcie, pesymizm. Lozańska cisza to puenta ostatniego wersu – spokój w doświadczeniu ostatecznego bólu. Scalają się tutaj i pytania Hioba i "lozańskość" poetyckiego doświadczenia.
Nastrój "lozański" widać także w liryku "Naprzeciw skwer" z okresu między 1965 a 1967 rokiem:
Naprzeciw skwer.
Dzieci bawią się w klasy.
Mleczne mamy robią na drutach.
Ten krajobraz przebija strzała,
a nikt jej nie widzi. Poza starcem,
choć głowę ma zwieszoną,
patrzy w piasek, liczy ziarnka,
Słucha jak po blasze nieopodal ściekają wody.
Te wody dają mu wspominać inną – wielką wielką.
Opływającą kontynenty.
Którą skaziła ongi jedna kropla
goryczy.
Znowu pojawia się kwestia "lozańskiej" wody, z którą Wat wchodzi w dyskurs. Ta woda zaczyna jednak łączyć w sobie znacznie więcej sensów i skojarzeń, odwołuje się przecież też pośrednio do wody ze "Stepów akermańskich". To woda inna, nie tylko subtelna i rządząca się prawem równomiernego przepływu, ale też woda wszechobecna – poszerzająca przestrzeń wiersza, by pomieścić więcej, bardziej, szerzej.
Woda i nieprzerwane trwanie stanowią punkty wspólne, elementy łączące obu twórców. Problem "lozańskości" Wata zauważył zresztą Miłosz, który pisał, że "poezja Aleksandra Wata bez "lozańskiego" klucza pozostaje również niezrozumiała, albo zrozumiała tylko w niewielkim stopniu". (Kuczera-Chachulska, 2012)