Rozmowa z Jarosławem Besterem, założycielem Bester Quartet (do 2007 roku Cracow Klezmer Band) – jednego z zespołów, który zwiastował falę nowej muzyki żydowskiej w Polsce. W 2000 roku jego krakowski ansambl wydał swoją pierwszą płytę dla nowojorskiej wytwórni Tzadik prowadzonej przez Johna Zorna, legendę muzyki awangardowej i jazzowej. Zespół Bestera jest jedynym polskim zespołem, który stale współpracuję z najważniejszą, dla świata nowej muzyki żydowskiej, wytwórnią.
Filip Lech: Spotykamy się przy okazji wystawy poświęconej żydowskiej fonografii. Jaki był pański pierwszy kontakt z żydowską fonografią?
Jarosław Bester: Miałem szczęście, ponieważ w połowie lat 90. Ubiegłego wieku, udało mi się za pomocą przyjaciół zdobyć przedwojenna nagrania Naftule Brandweina i Dave’a Tarrasa, legendarnych klarnecistów. Zetknąłem się z najprawdziwszą muzyką żydowską; mówię najprawdziwszą, bo ona była jeszcze niezakłócona wojną. Nie niosła tych emocji.
Czy istnieli jacyś sławni akordeoniści klezmerscy? Ja niestety nie kojarzę żadnego…
Właśnie nie znalazłem, ale to chyba dlatego, że akordeon jest bardzo młodym instrumentem. W nagraniach przedwojennych można usłyszeć cymbały, to instrument harmoniczny, tak samo, jak akordeon. Słyszałem kilka nagrań z akordeonem, ale to rzadkość. Poza tym to były stare, źle opisane kasety – wymieniano tylko nazwiska gwiazd, nie było nazwisk innych muzyków.
A współcześni akordeoniści?
Nie potrafię się wypowiadać bezstronnie o grze innych, gram na tym instrumencie od dziecka. W Polsce akordeony długo kojarzyły się z tanimi instrumentami na wesela, jakimś skrzeczącym klawiszowym Weltmeistrem. Nazywano go ikarusem, kaloryferem... Najczęściej grał na nim pianista, który nie znał sztuki miechowania, kluczowej dla gry na akordeonie. To nie jest tak jak wielu myśli tylko pompka do pompowania powietrza.
Teraz dużo się zmieniło, powstaje coraz więcej nowych utworów na akordeon: od awangardy po jazz i folk. Jest coraz bardziej obecny i akceptowany.

Jarosław Bester, fot. dzieki uprzejmości muzyka
W jaki sposób zaczął pan poznawać kulturę żydowską?
Wielowątkowo. W Krakowie już w latach 90. odbywał się Festiwal Kultury Żydowskiej, powolutku odradzało się życie na Kazimierzu. W tym sensie się odradzało, że powstawały pierwsze restauracje, otwierały się pierwsze wystawy, które były sprofilowane w ten sposób, że miały odwzorowywać przedwojenne życie żydowskie. Wiadomo, że tam Żydów nie było – to był trochę cepeliowaty obraz. Na ówczesny czas, zaraz po upadku komuny, rodziło to coś nowego i ciekawego. Pobudzało wyobraźnię wielu artystów. Tak było ze mną.
Okładka płyty. fot. materiały prasowe
Kazimierz był kiedyś miejscem, w którym można było w ciasnej bramie dostać cegłą po głowie. ale w końcu można było wejść spokojnie na Kazimierz, obejrzeć wszystkie pożydowskie kamienice (nadal bezpieczniej było w ciągu dnia). Do tego dochodził FKŻ, pamiętam, kiedy po raz pierwszy poszedłem na koncert kantorów do synagogi Tempel. Nie słyszałem wcześniej kantorów na żywo, to była wielka inspiracja. Pojawiali się też wykonawcy amerykańscy, pierwsze polskie próby odczytania muzyki żydowskiej (nie była to jeszcze twórczość klezmerska, raczej poezja śpiewana).
Krok po kroku poznawałem świat, z którym wcześniej nie miałem do czynienia – do 1996 roku zajmowałem się wyłącznie muzyką klasyczną: od akordeonowych transkrypcji Bacha do muzyki współczesnej, mało zjadliwej dla przeciętnego słuchacza.
Zdobywał pan wiele nagród, pierwszą już w 1987 roku, w wieku 11 lat.
Tak, to był Festiwal Muzyki Rosyjskiej i Radzieckiej, zdobyłem II miejsce. Wydarzenie typowe w tamtych czasach, szczególnie w moich rejonach. Mieszkałem w Nowej Hucie, uczęszczałem do Szkoły Muzycznej im. Mieczysława Karłowicza, która była bezpośrednio podporządkowana Hucie im. Lenina. Mój udział był dość spektakularny, bo ten festiwal nie był podzielony na żadne kategorie: w tym samym konkursie występowali uczniowie szkół podstawowych, średnich i do tego chóry. Los chciał, że zdobyłem drugie miejsce. Grałem jedną ze suit dziecięcych Władimira Merkuszyna oraz transkrypcję ''Lotu trzmiela'' Nikołaja Rimskiego-Korsakowa.
Jak powstał Cracow Klezmer Band?
Przez przypadek, tak jak wszystko. Od jakiegoś czasu interesowałem się muzyką żydowską, w pewnym momencie właściciel jednej z restauracji zwanej dawniej Ariel, a obecnie Klezmer Hois, w której prezentowano – tak zwaną – muzykę klezmerską, zaproponował mi stworzenie zespołu z myślą o pewnej wokalistce, która miała być gwiazdą. My mieliśmy tylko akompaniować. Zaczynaliśmy od grania poezji żydowskiej, na niezbyt wysokim poziomie. Wokalistka nie śpiewała zbyt dobrze, ale pasowała do warunków knajpianych. Ja zawsze miałem wygórowane ambicje, czasami wręcz za bardzo, zakładałem, że to musi być coś ciekawego – nie chciałem tworzyć kolejnego nudnego zespołu. Współpraca pomiędzy naszym zespołem a wokalistką zakończyła się po kilku miesiącach.
W tym samym czasie wygrałem jeden z najważniejszych konkursów akordeonowych, który odbywał się we Wrocławiu (Ogólnopolski Konkurs Akordeonowy). Byłem laureatem I nagrody i najlepszego wykonania koncertu z orkiestrą, dostałem nagrodę finansową. Za te pieniądze opłaciłem nagranie naszego pierwszego demo. Kasetki, którą nazwałem ''Wieczór na Kazimierzu'' – tradycyjne utwory klezmerskie w wersjach instrumentalnych. Ta kaseta nigdy nie trafiła do obiegu fonograficznego, była rozprowadzana tylko po koncertach na Kazimierzu.
Później zaczęliśmy współpracować z Beatą Czarnecką, wokalistki Piwnicy pod Baranami, mieliśmy program, który nazywał się ‘’Zol Zayn’’, to też była poezja śpiewana, ale na całkiem przyzwoitym poziomie, wszystko było przeze mnie zaaranżowane od nowa. To bardzo otworzyło mój umysł, zdałem sobie sprawę, że aranżowanie na nowo nas nigdzie nie prowadzi. Chciałem napisać coś nowego.
Pochodzi pan z Krakowa, miasta, które kiedyś tętniło żydowskim życiem. Nie ma pan wcześniejszych wspomnień związanych z tą kulturą?
W Nowej Hucie Żydów nie było, nikt z nas nie miał pojęcia o kulturze żydowskiej. Nie wiedzieliśmy kim byli Żydzi, kim są dzisiaj. Niektórzy myśleli, że Żyd to ktoś chytry, albo ktoś, kto chce coś ukraść. Ale to był margines, nie pamiętam zbyt wielu pozytywnych ani negatywnych opinii z czasów dzieciństwa.
Ale nawet wtedy, wiele lat później, kiedy mój zespół powstawał, muzyka żydowska była bardzo wyobcowana. Jeszcze na Akademii Muzycznej spotykałem się z takimi dowcipnisiami, śpiewającymi ''Hava Nagila'', jak obok nich przechodziłem.
Muzyka żydowska była przez wiele pokoleń. Nie ciągnęło was, żeby pojechać do miejsca, w którym nadal ostały się resztki kultury żydowskiej? Na przykład na Zakarpacie?
Okładka płyty "the Golden Land", fot. materiały prasowe
W Los Angeles, chyba w 2004 roku, dostałem od jednego pana bardzo stary zbiór pieśni Mordechaja Gebirtiga, który był wydany w 1935 roku. To było dla mnie ciekawe, bo poznałem legendę o krakowskim poecie w USA. Oczywiście, wiele osób w Krakowie śpiewało jego piosenki, zajmowało się jego twórczością. Wiedziałem, że to bardzo znacząca postać ze świata muzyki i poezji, ale nic więcej. To dla mnie ważna relikwia, korzystałem z tego zbioru przygotowując płytę ''The Golden Land'' (Tzadik, 2013), na której znajdują się instrumentalne aranżacje utworów Gebirtiga.
W pewnym momencie mój zespół zaczął odchodzić od muzyki klezmerskiej, właściwie stało się to bardzo szybko. Do klezmerskich klimatów nawiązuje nasza pierwsza płyta, ''De Profundis'' (2000, Tzadik). Następne płyty pokazywały nas z zupełnie innej strony. Wytłumaczę dlaczego. Zorientowałem się, że grając muzykę klezmerską, jestem niezbyt dobrze oszlifowanym kamieniem, odtwórcą, który po omacku broczy po tej tradycji – bardzo szczerze, ale kto miałby mnie tego uczyć? Kto miał mi o tym opowiedzieć? Musiałem się uczyć metodą prób i błędów.
Zadałem sobie pytanie: jakby wyglądała muzyka klezmerska, gdyby nie było Zagłady? Muzyka żydowska byłaby kontynuowana, ale w jakiej formie? Chciałem stworzyć coś na wzór tango nuevo Astora Piazzoli. Coś nowego, ale będącego pomostem między starymi i obecnymi czasami.
Czy przed wydaniem płyty w wytwórni Tzadik mieliście kontakt z muzyką z jego wytwórni?
John Zorn był już wtedy legendą w Polsce, ale nie mieliśmy styczności z jego muzyką. Byłem bardziej zainteresowany muzyką tradycyjną, klezmerską. Nie miałem zielonego pojęcia, że tworzę muzykę, która zazębia się w pewien sposób z produkcjami Zorna.
Jak wyglądało wydanie waszej pierwszej płyty w Tzadiku. To był 2000 rok, w jaki sposób wydawało się wtedy płyty za oceanem?
Wszystkie płyty nagrywaliśmy w Polsce, materiał masterowano na miejscu, w USA. Przede wszystkim to było wielkie wydarzenie, móc wydać płytę w Stanach Zjednoczonych. Zespół, który był znany tylko garstce osób w Polsce (jeszcze przed wydaniem płyty zwyciężyliśmy na festiwalu Polskiego Radia ''Nowa Tradycja''). Nie mogę powiedzieć, żeby polski świat muzyczny zatrząsł się w tamtym momencie, część recenzentów podjęła próbę opisania płyty i nagłośnienia naszego sukcesu. Część nabrała wody w usta, myśląc, że to przypadek… Końcówka lat 90. i początek XXI wieku to był w Polsce największy boom na Zorna, dla wielu był to szok.
Spotykaliście się osobiście z Johnem Zornem? Jakie były wasze relacje?
Bardzo dobre. Wiem, że dla dziennikarzy potrafi być szorstki, ale z muzykami się przyjaźni. Otrzymałem od Johna Zorna kompletny zbiór partytur do jego cyklu ''Masada. Book of Angels'', zapakowany w piękne złote pudełko. Jestem jednym z niewielu artystów, którzy dostali jego odręcznie napisane kompozycje.
Dla mnie Zorn jest ojcem współczesnej awangardy żydowskiej, stworzył wielką rodzinę muzyków na całym świecie: składającą się po części Żydów, ale to nie warunek, którzy tworzą muzykę na konkretnym poziomie. Kiedy po koncercie spotykaliśmy się w restauracji, zawsze siedzieliśmy przy jednym stole. Nie było tak, że Joey Baron, Dave Douglas, John Zorn i inne legendy siedziały osobno. Bardzo mu zależało na rodzinnej atmosferze, nie było tam żadnych podziałów.
Zorn jest waszym ojcem, a czy zetknęliście się z innymi muzykami-nauczycielami?
Rozpoczęło się od Krakowa, FKŻ nas przygarnął. Rokrocznie prezentowaliśmy tam nowy materiał. Spotykaliśmy tam innych muzyków, którzy współpracowali z Zornem, na przykład Franka Londona. Później, w Paryżu zagraliśmy koncert z Donem Byronem, znakomitym klarnecistą (nagraliśmy razem utwór).
Przez kilka lat jeździliśmy do Stanów Zjednoczonych, czasami 3-4 razy w roku. Stykaliśmy się z muzykami z kręgu Zorna. Chodziliśmy do kultowego klubu Tonic (działał od 1988 do 2007 roku w dzielnicy Lower East Side - przyp.red), gdzie organizowano koncerty improwizowane. Braliśmy udział w tym wspólnym muzykowaniu. Stopniowo spajaliśmy się z tym światem. Kulminacją był organizowany przez Zorna w Mediolanie Masada Marathon, byliśmy jedynym zespołem z Europy.
Muzycy Zorna mają to do siebie, że przede wszystkim słuchają. Nie tylko nadają ton, to jest bardzo ważne. Dla skromnego akordeonisty z Polski to jest niesamowite przeżycie – grać na tej samej płaszczyźnie z muzykami posiadającymi wielopłytowy dorobek. To wzbudza strach, to wielka trema, ale to piękne doświadczenie – odczuwać energię, której wcześniej nie znałem.