Kolejnym narodem, który współtworzył Litwę, byli Żydzi. Przed wojną Wilno nazywano "Jerozolimą Północy", stąd wywodziło się wielu żydowskich twórców i myślicieli, działały instytucje takie jak JIWO. Jeśli chodzi o relacje żydowsko-litewskie, to te postawy były o wiele bardziej skrajne – od uznawania społeczności żydowskiej za sojuszników w 1918 roku po mit "żydowskiej zdrady", który powstał w czasach pierwszej radzieckiej okupacji i współudział litewskich formacji kolaboracyjnych w Zagładzie.
Powiedziałbym, że jest to w dalszym ciągu jedno z najpoważniejszych wyzwań stojących przed społeczeństwem litewskim, jeśli chodzi o stosunek do własnej historii. W książce dość często powołuję się na litewskiego historyka, Sauliusa Sužiedėlisa, który precyzyjnie określił trzy lekcje, jakie Litwini mają w tej kwestii do odrobienia. Jedną z nich jest to, że Litwini powinni zacząć postrzegać historię Żydów litewskich jako część ich własnej historii – a nie jako historię obcych ludzi, którzy zrządzeniem losu zamieszkiwali na tym samym terytorium. Dwie pozostałe lekcje odnoszą się do zrozumienia tego, że Holokaust był najtragiczniejszym wydarzeniem w historii Litwy, jak również tego, że Litwinów biorących udział w zbrodniach przeciwko Żydom powinno się rozliczyć.
Już ten pierwszy punkt jest oczywiście trudny do zrealizowania, bo wymagałby od Litwinów zerwania z wąskim, etnicznym postrzeganiem litewskości i dostrzeżenia tego, że Litwę na przestrzeni dziejów tworzyli przedstawiciele różnych kultur i wyznań. To jest oczywiście długofalowy proces, którego dynamika zmieniała się na przestrzeni lat. Gdy po odzyskaniu niepodległości w 1991 roku pojawiły się w zachodniej prasie oskarżenia odnośnie tego, że Litwini nie rozliczają się ze swojego współudziału w Zagładzie, to spowodowało to reakcję obronną na zasadzie "musimy bronić naszego dobrego imienia" i "nie możemy pozwolić na to, żeby obrażano naszych bohaterów". Mam jednak wrażenie, że od tego czasu w litewskim społeczeństwie nastąpiła duża przemiana. Gdy w Polsce wybuchła dyskusja wokół "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, litewscy intelektualiści przywoływali Polskę jako przykład na to, jak należy rozmawiać o ciemnych kartach swojej historii (przy oczywistym podkreśleniu, że w Polsce nie było kolaboracji na taką skalę). A z kolei gdy porównywałem sobie napięcia, które rozgorzały w Polsce po wprowadzeniu ustawy o IPN w 2018 roku z tym, co pisano w owym czasie w mediach litewskich, to miałem wrażenie, że gdzieś się po drodze rozminęliśmy – choć oczywiście trudno to traktować jako konkurencję.
Czyli przywoływany przez pana cytat z Venclovy, który pisał o paradygmacie wedle którego Litwin może być wyłącznie bohaterem lub niewinną ofiarą, już się zdezaktualizował?
Nie do końca. W sytuacji międzynarodowej, w której teraz się znaleźliśmy, gdy działania Rosji wzbudzają realne poczucie zagrożenia w krajach bałtyckich, bardzo łatwo jest zdezawuować osoby, które próbują kwestionować narodowe mity – przypinając im łatkę "pożytecznych idiotów Putina" i tak dalej. Jednakże moim zdaniem odpowiedzią na propagandę rosyjską nie powinna być własna propaganda, lecz uczciwość i prawda. Wydaje mi się, że dojrzałą odpowiedzią na kremlowskie zakłamywanie historii jest rzetelna rozmowa na temat własnych dziejów – także ich niechlubnych kart.
A o jakie jeszcze tematy historyczne spierają się Litwini?
Na pewno ważnym tematem dyskusji jest stosunek do zbrojnego podziemia niepodległościowego, które walczyło z władzą radziecką po wojnie. Jeśli chodzi o sam sens tej walki, to w dużej mierze na Litwie panuje konsensus – była to słuszna walka wyzwoleńcza. Oś sporu dotyczy jednak metod prowadzenia tej walki. Można to w pewnym sensie porównać do polskich dyskusji na temat powstania warszawskiego – czy był sens podejmować opór, wiedząc, że przyniesie to represje wobec ludności cywilnej. Jednakże sam publiczny wizerunek antysowieckiej partyzantki jest taki, że byli to ludzie szlachetni, którzy zachowali się właściwie i nawet jeśli przegrali militarnie, to odnieśli zwycięstwo moralne. Współcześnie siła tego mitu stała się szczególnie aktualna w obliczu wojny w Ukrainie i rosyjskiego zagrożenia, co z pewnością w jakimś stopniu służy państwotwórczej konsolidacji. Bardzo popularne stały się teraz na Litwie różnego rodzaju inicjatywy proobronne, które w swojej narracji odwołują się właśnie do tej powojennej partyzantki.
I tu dochodzimy do kolejnej osi sporu – o postawy społeczeństwa litewskiego wobec komunizmu w czasach radzieckich. Jako ironię losu przyjąłem fakt, że po oddaniu tekstu do druku dotarła do mnie informacja o tym, że w Kownie ma powstać pomnik Algirdasa Brazauskasa. W książce pisałem o sporze o ocenę Vytautasa Landsbergisa i wspomnianego Brazauskasa, czyli odpowiednio przywódcy Sąjūdisu i pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Litwy – ale również pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta państwa po odzyskaniu niepodległości. Wiele miejsca poświęciłem również litewskim sporom związanym z pomnikami postaci związanych z komunizmem – skądinąd często zasłużonych na polu działalności społecznej czy kulturalnej – więc ta historia byłaby idealnym postscriptum dla tego wątku.
Ów pomnik ma stanąć akurat w Kownie dlatego, że Brazauskas będąc jeszcze młodym człowiekiem, odpowiadał za budowę kowieńskiej elektrowni wodnej – innowacyjnej dla swoich czasów inwestycji, która zrewolucjonizowała litewski system energetyczny. Przeciwnicy tego pomysłu podkreślają jednak, że był on bardzo niejednoznaczną postacią, człowiekiem mocno zaangażowanym w opresyjny reżim. Taka forma upamiętniania również wzbudza emocje pośród osób, które nie pamiętają czasów radzieckich. Co ciekawe, wśród argumentów przeciw pojawia się twierdzenie, że honorowanie osób, które kolaborowały z reżimem komunistycznym źle świadczy o naszej europejskości i dowodzi, że nowoczesne i demokratyczne wartości na Litwie jeszcze dobrze się nie zakorzeniły.
A czy ocena przedwojennej litewskiej państwowości wzbudza podobne emocje, czy to już zbyt zamierzchły temat?
Wydaje mi się, że dominującą współcześnie tendencją jest pokazywanie tego, co udało się wówczas osiągnąć. Mówi się nie tylko o tym, że – kolokwialnie mówiąc – udało się stworzyć coś z niczego, czyli od podstaw stworzyć instytucje państwa, ale podkreśla się ówczesne osiągnięcia z innych dziedzin: kowieński modernizm, pierwsze sukcesy w koszykówce, przelot przez Atlantyk Dariusa i Girėnasa, dorobek literacki Juozasa Tumasa-Vaižgantasa. Mniej mówi się o tym wymiarze politycznym, gdzie pojawia się choćby kontrowersyjna kwestia oceny rządów Antanasa Smetony, który z jednej strony był sygnatariuszem aktu niepodległości Litwy i przywódcą państwa w czasach walk o niepodległość, ale z drugiej od 1926 roku sprawował autokratyczne rządy. Związane z tym okresem zagadnienia – takie jak choćby kryzys ekonomiczny czy pacyfikacja strajków chłopskich na Suwalszczyźnie (Suvalkiji) w latach 30. – interesują przede wszystkim zawodowych historyków czy lewicowo zorientowanych publicystów.
Niedawno ukazała się interesująca książka kontrfaktyczna napisana przez historyka Norbertasa Černiauskasa, w której zastanawia się on nad tym, jak wyglądałaby Litwa, gdyby nie utrata niepodległości w 1940 roku. Ów autor jako punkt odniesienia wybrał – ze względu na podobne uwarunkowania – Portugalię: kraj nieco peryferyjnie położony, katolicki, ze spółdzielczym charakterem panującej tam dyktatury.