Wojna zburzyła jej mit Lublina, dlatego zdecydowała się na tajne studia na Uniwersytecie Warszawskim. W "Zaułku Hartwigów" wspominała, że gdy w mieszkaniu pojawiło się gestapo, ukryła się w Świdniku (nadleśniczym był stryj przyjaciółki z lat szkolnych – Anny Kamieńskiej), a następnie obie wróciły pieszo do rodzinnego miasta. Nawet gdy przez wiele lat przebywała w Paryżu czy w Stanach Zjednoczonych, dedykowała mu strofy swoich wierszy. Liryczny Lublin jest przystanią, gdzie krzyżują się wszystkie drogi. Miastem zniszczonym, ale niezwyciężonym. Takim, które czuje i nie zapomina.
W poezji Hartwig upamiętniła wszystkich bliższych i dalszych członków rodu. W "Przywoływaniu" ukazała krewnych ze strony matki, a jej tragiczną śmierć skomentowała czułym wersem: "Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać". Ojciec był dla niej "fotografem starej daty". O jednej z sióstr pisała bez ogródek, że "nie miała łatwego charakteru" i "nie objawiała żadnych talentów". Mimo że braciom – fotografowi i lekarzowi – poświęciła wiele miejsca, w tomie "Zobaczone" przyznała, że nie potrafi nakreślić ich portretu. W utworze "Niepotrzebne skreślić" skwitowała: "kochaliśmy się wszyscy / Ale nasze drogi szybko się rozeszły".
W literackim "Zaułku Hartwigów", wydanym z okazji nadania imienia tej artystycznej rodziny charakterystycznym schodom Lublina, umieszczono fragment dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego:
Uchwycić mitologię miasta, zwłaszcza rodzinnego, udaje się jedynie prawdziwym poetom kamery. I, rzecz jasna, poetom sensu stricto.