Typ ludowy z Wileńszczyzny, dwudziestolecie międzywojenne, fot. Biblioteka Narodowa Polona
Choć nazywano ich dziadami, wcale nie musieli być to starcy: nieraz określano tak ludzi stosunkowo młodych, którzy ze względu na niepełnosprawność czy chorobę byli niezdolni do pracy fizycznej i zmuszeni do żebraczki. Nie musieli to być także wyłącznie mężczyźni: na gościńcach czy szlakach pątniczych można było spotkać kobiety-dziadówki. Nader często dziadami zostawali starsi chłopi, którzy nie mieli już sił do pracy na gospodarce i po przepisaniu majątku na dzieci zostali przez nie wypędzeni z domu czy też wyruszali w drogę okresowo, gdy rodzinie szczególnie doskwierał niedostatek na przednówku. Etnograf Henryk Biegeleisen zapisał w latach 20. XX wieku:
Młodzi na Kujawach mają dla starszych wiele uszanowania. Nie przeszkadza to jednak, że młode pokolenie nieużytecznych już starców, zdolnych zaledwie do piastowania wnuków, nie chcąc żywić darmo, wysyła na dziady, co uważane jest za zwykłą kolej rzeczy i żadnej stronie nie ubliża.
Z kolei Jan Stanisław Bystroń stwierdzał: "do czasów niedawnych dość powszechnym był zwyczaj, że gospodarz, nie czując już siły do pracy, oddawał gospodarstwo dzieciom i sam szedł na żebry, traktując to jako wypoczynek po znoju całego życia, jako możność pożądanego zetknięcia się z sławnymi kościołami, z miejscami odpustów i pielgrzymek, wreszcie jako używanie wolności na stare lata".
W tej zróżnicowanej grupie zdarzali się też pogorzelcy czy utracjusze, którzy przehulali swój dobytek. Wędrownymi dziadami zostawali również nieraz weterani, którzy z wojaczki wracali z niepełnosprawnościami czy też żołnierze, którzy po wieloletniej służbie (dla przykładu, w pierwszej połowie XIX wieku służba w carskiej armii trwała 25 lat) nie mieli dokąd wrócić. W dziadowskie szeregi trafiali także ci, którzy okaleczali się, chcąc uniknąć poboru. W dawnej Polsce chodziło po wsiach wielu żebraków podających się za zbiegów z niewoli tureckiej – zarówno faktycznych jeńców, jak i naciągaczy starających się takimi opowieściami trafić do chrześcijańskich serc.
Mimo wszystko, owi wędrowcy stanowili ważne źródło wiedzy o świecie dla osiadłych chłopów, którzy nieraz przez całe życie nie opuszczali swojej parafii. Tak charakteryzował ich Bystroń:
Ludzie, którzy dużo widzieli i żebraczy swój chleb z niejednego pieca jadali, byli jak gdyby chodzącą kroniką okolicy; wiedzieli o wszystkiem i roznosili te wieści po dworach i chatach. […] Są pomiędzy nimi – jak zresztą wszędzie – ludzie różnej wartości; dużo mętów społecznych tutaj się kryje, ale i dużo ludzi ciekawych, o zdolnościach niepospolitych i dużej inteligencji.
Ten sam etnograf w innym tekście stwierdził: "[...] byli to przede wszystkim ludzie ciekawi świata, ruchliwi, niespokojni, dla których za ciasne były ramy jednostajnego życia pańszczyźnianej wsi; byli tu też i wykolejeńcy z innych zawodów, z miast, zwłaszcza dawni uczniowie szkół parafialnych czy klasztornych, którzy nie znajdując innego zajęcia sprzedawali swą wiedzę w wędrówkach za jałmużnę [...]".
Owi wędrowcy mieli swój charakterystyczny wizerunek – w dziadowskim niezbędniku znajdowały się takie przedmioty, jak przewieszona przez ramię torba, bicz do odpędzania bezpańskich psów, kostur obleczony skórą jeża, żółwia skorupa pełniąca funkcję skarbonki do zbierania datków. Ważne były także atrybuty podkreślające ich pobożność – dziadowie chodzili więc obwieszeni różańcami, medalikami, szkaplerzami.
Dziadowskie sposoby zarobkowania bywały także bardziej zróżnicowane: należały do nich m.in. znachorstwo i ziołolecznictwo czy handel rzekomymi relikwiami. Do asortymentu takich fałszywych pątników należały np. "jerozolimskie palmy, [...] pierścienie ocierane o obrazy cudowne, [...] ziemia z góry Kalwaryi, piasek z domku Panny Maryi z Loretu".