Teren Warszawa, czyli jak sprostać wyzwaniom współczesności
„Zaryzykuj wszystko”, reż. Grzegorz Jarzyna, 2003, fot. Igor Morye / Agencja Wyborcza
Odkąd w 1997 roku Grzegorz Jarzyna wyreżyserował debiutanckiego Bzika tropikalnego w Teatrze Rozmaitości (dziś: TR Warszawa), było jasne, że w polskim teatrze pojawiło się nowe „ojcobójcze”, jak to określił Piotr Gruszczyński, pokolenie, a wraz z nim wywrotowy, odświeżający język, kolorowa, popkulturowa estetyka oraz alternatywne sposoby myślenia o tym, czym może być spektakl. Nie bez powodu moment ten nazywa się dzisiaj „przewrotem styczniowym”.
Na początku lat dwutysięcznych Jarzyna zainaugurował projekt Teren Warszawa, którego celem było – jak wspominał Marcin Kościelniak w „Didaskaliach” – sprawdzenie, „w jaki sposób teatr może sprostać wyzwaniom współczesnej literatury (czy współczesności w ogóle)”. Kolejne premiery odbywały się w różnych nieteatralnych przestrzeniach, a pracowali nad nimi głównie studenci z krakowskiej i warszawskiej szkoły teatralnej, którzy adaptowali i reżyserowali nową zagraniczną dramaturgię, oraz wolontariusze.
W tamtym czasie część uznanych przedstawień z repertuaru warszawskiej instytucji ruszyła w międzynarodowe tournée, a budynek teatru miał zostać zrewitalizowany: „Mieliśmy przyrzeczenie władz Warszawy, że na wiosnę tego roku teatr będzie remontowany. […] Dopiero pod koniec stycznia zostaliśmy poinformowani, że remontu nie będzie, a obiecany budżet na ten sezon nie zostanie nam przyznany” – mówił Jarzyna w rozmowie z Gruszczyńskim. Reżyser – będący jednocześnie ówczesnym dyrektorem Rozmaitości – wymyślił więc, żeby wyjść z teatrem w miasto, otworzyć się na młodą publiczność i zbliżyć do niej w innych warunkach. Przede wszystkim po to, by wspólnie eksplorować miejską tkankę zgodnie z hasłem, że „teatr można robić wszędzie”. Jak tłumaczył: „Naszą wizytówką nie są mury i wygodne fotele na widowni, ale nasze produkcje”.
Efektem tych poszukiwań były, na przykład, Sny (2004). Spektakl, oparty na krótkim tekście mało jeszcze wtedy znanego szerszej publiczności Iwana Wyrypajewa i wyreżyserowany przez Łukasza Kosa, grany był w ciasnym, podziemnym darkroomie w przestrzeni legendarnego klubu Le Madame na Nowym Mieście. Inny spektakl z cyklu, Electronic City (2003) w interpretacji Redbada Klynstry, odbywał się w niewykończonym jeszcze wówczas biurowcu Liberty Corner.
Jak pisała o tych wydarzeniach Ewa Wąchocka na łamach „Śląska”:
Animatorzy projektu wybrali strategię krótkich, błyskawicznych przybliżeń złożonych razem niczym kadry społecznego pejzażu. Udało im się sportretować kawałek rzeczywistości nad Wisłą, mimo że podstawą dramatyczną były, paradoksalnie, teksty autorów zagranicznych. Stało się to możliwe dzięki odkryciu nowej energii teatralnej, terytoriów, gdzie można tworzyć nieobojętny politycznie teatr, uciekając przed teatralnością.
Sam Jarzyna w ramach Terenu Warszawa przygotował natomiast performans Zaryzykuj wszystko (2003) w nieczynnej kawiarni Express Baru na Dworcu Centralnym. Podobno kilka tygodni szukał miejsca, „zza którego okien wyłaniałoby się tętniące życiem centrum”.
Widownia w Zaryzykuj wszystko mieściła około pięćdziesięciu widzów, reszta zainteresowanych (albo po prostu – zaciekawionych przechodniów) mogła podglądać akcję przez szyby. Po premierze na łamach „Życia Warszawy” zachwycała się tym przedsięwzięciem Iza Natasza Czapska: „Już pierwszego wieczoru do telepiących się przeszklonych ścian przyklejała nosy spora grupa gapiów. W starym dworcowym bufecie, obok WC, sceny jak z najlepszych filmów Tarantino”.
Rok później Jarzyna wyreżyserował zaś spektakl Bash (2004) w hali starej drukarni na Marszałkowskiej, w pobliżu Rozmaitości. Akcja działa się tu w trzech salach, ale widzowie byli przypisani do jednej z nich i nie mogli się pomiędzy nimi poruszać – ten przywilej był dostępny wyłącznie aktorom. „Po kilkunastu minutach zaczynamy czuć się osaczeni. Opuszczona drukarnia zamienia się w dom horroru, jakiś dziwny zakład psychiatryczny, gdzie w każdym kącie czai się zbrodniarz mający ekshibicjonistyczną potrzebę opowiedzenia o swoim czynie” – oceniał Piotr Gruszczyński w „Tygodniku Powszechnym”.