Miciński razy dwa
Scena z przedstawienia „Termopile polskie” Tadeusza Micińskiego w reżyserii Jana Klaty, 2025, fot. Karolina Jóźwiak/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego
Klata już raz wystawił tekst Tadeusza Micińskiego – w 2014 roku w Teatrze Polskim we Wrocławiu, chwilę po aneksji Krymu przez Rosję, co w tamtej inscenizacji było szczególnie rezonującym kontekstem. Wtedy na scenie także znajdowała się usypana w równe rzędy ziemia, nad którą unosiła się gęsta mgła, a i sam początek przedstawienia z Witą i chłopczykiem wystylizowanym na postać z Pomnika Małego Powstańca, wyreżyserowany został w zbliżony sposób.
A jak jest tym razem? Trudno pozbyć się wrażenia, że wybór akurat tego tekstu na pierwszą dyrektorską premierę jest wyborem raczej bezpiecznym. Co prawda, Miciński nie ma w polskiej kulturze tak symbolicznej ani rozpoznawalnej pozycji jak chociażby Stanisław Wyspiański czy Adam Mickiewicz, a jego dramat rzadko bywa wystawiany, można by więc stwierdzić, że to, mimo wszystko, decyzja dość nieoczywista. A jednak wracając po latach do tej samej opowieści, warto byłoby mieć do powiedzenia coś nowego – i to, że zagrożenie wojną jest dzisiaj inne, niż było w 2014 roku, nie wystarczy.
Zwłaszcza że warszawskie Termopile polskie pozostają kolażem ogranych diagnoz, sprawdzonych rozwiązań formalnych i estetyk dobrze znanych z poprzednich spektakli Klaty. Świetnie zagranym, efektownym, intensywnym, monumentalnym, uwodzicielskim wizualnie, tylko po prostu nieco wtórnym przedstawieniem, które – mimo montażu rozmaitych efektów – pozostawiło mnie raczej zdystansowaną i obojętną.
Scena z przedstawienia „Termopile polskie” Tadeusza Micińskiego w reżyserii Jana Klaty, 2025, fot. Karolina Jóźwiak/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego
Akcja spektaklu rozgrywa się w głowie tonącego w nurtach Elstery Józefa Poniatowskiego (Karol Pocheć). Gdzieś między jawą a snem, tym i tamtym światem, oglądamy kolejne migawki z historii Polski, a konkretnie z lat 1787–1813. Od Konstytucji 3 maja, przez Targowicę, wojnę polsko-rosyjską, milczący sejm w Grodnie, kolejne rozbiory Polski, insurekcję Kościuszkowską, aż po Bitwę pod Lipskiem, w której to książę Poniatowski umiera.
Klata kładzie tu nacisk głównie na polsko-rosyjskie relacje – i to te fragmenty mają w warszawskim spektaklu największy ciężar, również dzięki pierwszorzędnemu aktorstwu. Świetne są sceny między demoniczną, bezwzględną i groteskowo epatującą swoją seksualnością carycą Katarzyną (graną przez rewelacyjną Danutę Stenkę) a przebiegłym kniaziem Potiomkinem (Oskar Hamerski), który ostatecznie pogrąża Polskę.
Scena z przedstawienia „Termopile polskie” Tadeusza Micińskiego w reżyserii Jana Klaty, 2025, fot. Karolina Jóźwiak/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego
Znakomity jest też Jan Frycz w roli Stanisława Augusta Poniatowskiego (rola dublowana z Jerzym Radziwiłowiczem) – zmęczonego, zrezygnowanego, z trudem ogarniającego to, co dzieje się dookoła niego. Choć ostatni król Rzeczpospolitej został zapamiętany jako ten, który przyłożył się do jej rozpadu, to dzięki niemu mamy dzisiaj instytucję teatru publicznego, Stanisław August Poniatowski traktował bowiem teatr jako źródło prestiżu i zarazem – w oświeceniowym duchu – sprawne narzędzie modernizacji społeczeństwa. Premiera Termopil polskich miała zresztą miejsce dokładnie trzy dni po 260. rocznicy powstania Teatru Narodowego. 19 listopada 1765, w nieistniejącym już dziś gmachu Operalni przy ulicy Królewskiej, odbyła się prezentacja Natrętów na podstawie komedii Józefa Bielawskiego, inaugurująca działalność narodowej instytucji.