Trudy i znoje edukacji muzycznej
Andrzej Panufnik z rodziną, fot. © Camilla Jessel Panufnik FRPS
W domu Panufników stał fortepian, na którym wieczorami improwizowała Pani Domu (''swe wyszukane melodie wypróbowywała w różnych tonacjach, instynktownie dobierając subtelny akompaniament''). Niestety, Matylda Panufnik nie potrafiła spisywać zagranych przez siebie melodii, dlatego jej mąż postanowił zatrudnić nauczyciela, który nauczy ją notować swoje improwizacje. W tę rolę wcielił się młody muzyk i kompozytor, Jerzy Lefeld z Konserwatorium Warszawskiego – młody Andrzej zobaczywszy, że muzykę można zapisywać na papierze (nawet z własnej pamięci, albo wyobraźni!) zapragnął zostać kompozytorem. Ze swoich planów zwierzył się babci, która została jego pierwszą nauczycielką fortepianu.
''Muzyka to nie zawód dla dżentelmena'' mówił Tomasz Panufnik, którego największą pasją był, przypomnijmy, wyrób instrumentów smyczkowych. Mimo poglądów swojego ojca, Andrzej w wieku 11 lat został zapisany do Konserwatorium - uczęszczał tam na lekcje fortepianu i teorii muzyki. Po roku nauczania przyszedł czas na pierwszym egzamin, który polegał na wykonaniu programu koncertowej w dużej sali, przy obecności egzaminujących (na sali byli między innymi jego matka, nauczycielka fortepianu panna Comte-Wilgocka i Karol Szymanowski).
Zrobiło mi się gorąco, oblał mnie pot, tak że palce ślizgały się po całej klawiaturze. oszczególne nuty odrywały się ode mnie i nie chciały brzmieć tak, jak zamierzałem je zagrać.
Kilka dni później Andrzej Panufnik został skreślony z listy uczniów Konserwatorium Warszawskiego (''nie ma talentu muzycznego''). Przyszły kompozytor był zrozpaczony i zniechęcił się na kilka lat do muzyki. Ponowną falę miłości do muzyki wzbudził w nim jego brat Mirosław, a dokładniej rzecz biorąc konstruowane przez niego radia. Panufnik usłyszał wtedy, po raz pierwszy między innymi "Koncert skrzypcowy" Brahmsa (wcześniej znał go w matczynym wykonaniu, ale dopiero wtedy usłyszał pełną wersję, z towarzyszącą skrzypcom orkiestrą) i wczesne jazzowe, dixielandowe szlagiery.
W wieku 16 lat wrócił znowu do Konserwatorium. Najpierw trafił do klasy perkusji, właściwie przez przypadek (z powodu swojego wieku nie mógł zapisać się do preferowanej klasy fortepianu), przy najbliższej możliwości przeniósł się do wymarzonej klasy teorii i kompozycji, którą skończył u Kazimierza Sikorskiego (z wyróżniemiem) w 1936 roku.
Spotkanie z Szymanowskim
Pod koniec drugiego roku studiów w konserwatorium, w lecie 1935 roku Panufnik wyjechał na odpoczynek do Zakopanego, gdzie odwiedził Karola Szymanowskiego. Spotkanie tak relacjonował:
Zasiedliśmy w fotelach w jego gabinecie, naprzeciw niskiego okrągłego stołu, na którym stała olbrzymia popielniczka pełna niedopałków (...) Szymanowski nie rozmawiał ze mną na temat swej bieżącej pracy, czego z nadzieją oczekiwałem, nie spytał również o moje studia ani co piszę w danym momencie. Za to natychmiast rozpoczął tyradę na temat swoich byłych kolegów z konserwatorium. Ze złością atakował jednego po drugim, używając takich słów jak ''bydlę'', ''szubrawiec'', ''świnia'', a nawet ''skurwysyn'' (...) W końcu udało mi się zmienić temat, kierując rozmowę na jego najnowszy utwór i pytając go o tajemnice tatrzańskiego folkloru w muzyce, który tak bardzo cenił (...) Tłumaczył mi osobliwy, lecz efektowny zwyczaj górali polegający na tym, że zawsze czwarty dźwięk skali majorowej trochę podwyższają, trochę o pół tonu dlatego, że… Nigdy nie dowiedziałem się dlaczego, bo nagle spojrzał na zegarek, wstał i przeprosił wyjaśniając, że musi odebrać lekarstwo przed zamknięciem apteki.
Batuta
Andrzej Panufnik, fot. © Camilla Jessel Panufnik FRPS
Panufnik został świadomym kompozytorem dzięki temu, że nauczył się dyrygować. Po ukończonych studiach kompozytorskich dostał stypendium na studia dyrygenckie, które odbył w Wiedniu, pod okiem Feliksa Weingartnera, urodzonego w Zadarze dyrektora Opery Wiedeńskiej, jednego z ostatnich uczniów Franciszka Liszta. Panufnik tak wspominał ten okres:
Weingartner zawsze wzruszał mnie kiedy przekazywał nam uwagi, które sam usłyszał od kompozytorów. Kiedyś, gdy na zajęciach dyrygowałem ''Tristanem i Izoldą'' przerwał mi słowami: ''Wagner mówił mi, że ta graza powinna zaczynać się bardziej mezzoforte niż forte, jak to jest zaznaczone w nutach, a następnie trzeba zrobić małe crescendo''. Miałem uczucie, jakby sam Wagner udzielił mi rady.
Panufnik do końca życia lubił przewodzić orkiestrze, często dyrygował wykonaniami swoich własnych utworów. Posiadanie umiejętności posługiwania się batutą pozwalało mu wydobywać się z trudnych sytuacji finansowych: czy to w sytuacji powojennej, czy na emigracji (pierwszym stałym zajęciem Panufnika na obczyźnie była posada dyrygenta w The City of Birmingham Symphony Orchestra, orkietry, która dzisiaj kojarzona jest z postacią Simona Rattle’a).
Wybuch wojny
Panufnik wrócił do Polski w połowie czerwca 1939 roku, niecałe 3 miesiące przed wybuchem wojny. Jego brat Mirek, do momentu kapitulacji obrony Warszawy, spędzał całe dnie w siedzibie Polskiego Radia – był dyrektorem technicznym, sprawował piecze nad nadawaniem przemówień Stefana Starzyńskiego, prezydenta miasta. Andrzej pomagał swojemu ojcu zabezpieczyć cenne instrumenty i przenieść swoją żonę do innego, mniej narażonego na atak bombowy, mieszkania. Oprócz tego młody kompozytor, jako ochotnik, wstąpił do obrony przeciwlotniczej, miał unieszkodliwiać pociski, które spadały na warszawskie dachy. Czy w takich chwilach myśli się o sztuce? Na początku września Panufnik pisał:
Codziennie, przynajmniej na jakiś czas, starałem się wypchnąć ze świadomości przerażające bombardowania oraz niebezpieczeństwa i trudności naszego powszedniego życia i zacząłem pisać ''Uwerturę bohaterską'' (...) Praca twórcza pomagała przemóc dręczące mnie, cywila, poczucie bezradności i nieprzydatności.
Po 17 września, kiedy Polska została zaatakowana przez Związek Radziecki mówił: ''Nie mogłem się nawet zmusić, żeby patrzeć na nuty''.
Muzyka w cieniu łapanek
Witold Lutosławski, Eugenia Umińska, Andrzej Panufnik w Stawisku (1942 rok) © Camilla Jessel Panufnik FRPS
Po kilku miesiącach wojenna rzeczywistość stała się rutyną, a Panufnik powrócił do pracy kompozytorskiej. W pierwszych miesiącach 1940 roku napisał ''Pięć polskich pieśni wiejskich'' na chór głosów chłopięcych (lub chór sopranów unisono) w towarzystwie dwóch fletów, dwóch klarnetów i klarnetu basowego; mógł go zaprezentować szerszej widowni dopiero po wojnie.
Niemcy zakazali wszelkich przejawów życia artystycznego, jedyne koncerty, które mogły odbywać się w okupowanej Warszawie miały mieć charakter rozrywkowy; życie muzyczne zostało przeniesione do kawiarni. W kawiarni ''Aria'' na Mazowieckiej powstał fortepianowy duet, w którym starły się dwie wielkie osobowości muzyki polskiej XX wieku (będący jednocześnie kolegami z Konserwatorium i muzykami, którzy swoją pracę ryzykowali życie i utrzymywali rodziny): Witold Lutosławski i Andrzej Panufnik. Lutosławski w swoich wspomnieniach pisał:
Na początku 1940 Panufnik zaproponował mi mi utworzenie duetu fortepianowego była to znacznie ciekawsza dla mnie propozycja pracy, gdyż w ten sposób nie musiałem się ograniczać tylko do repertuaru popularnego.
Grali zaaranżowane przez siebie utwory Feliksa Mendelssohna, Niccolò Paganiniego, toccaty organowe Bacha, fragmenty baletów Czajkowskiego, zdarzało im się grać jazz – w tym zakazanego, z powodu jego żydowskiego pochodzenia, George’a Gershwina. Zdarzało im się też grać muzykę polską, której wykonywanie również było zakazane, na przykład autorską wersję baletu ''Harnasie'' Szymanowskiego.
Od czasu do czasu z radością spostrzegaliśmy na sali któregoś z naszych przyjaciół Żydów, nawet tych, o wybitnie semickich rysach, jak znakomity grafik Marcin Szancer i poeta Jan Brzechwa. Nie mieli dostępu do radia i tak tęsknili za muzyką, że ze swymi dzielnymi żonami, zresztą nie-Żydówkami, ryzykowali wyjście z ukrycia.
Bez wahania można powiedzieć, że duet Lutosławski-Panufnik był słynny na całą Warszawę. Pianiści podbijali serca mieszkańców stolicy nie tylko repertuarem kawiarnianym, udzielali się także na podziemnych koncertach, z których dochód przeznaczany był na członków ruchu oporu, albo ukrywających się żydowskich muzyków.
Wkrótce przekonaliśmy się, że mamy wielu wielbicieli, a wśród nich piękne, młode kobiety, które przynosiły nam kwiaty. Osobliwa droga do sławy dla dwóch młodych, poważnych i ambitnych kompozytorów!