Duża w tym zasługa kamery, która nie przestrzega praw dystansu. Porusza się chaotycznie, raz wyolbrzymia perspektywę (na zasadzie zdjęcia robionego przy pomocy funkcji oddalenia), a raz zbliża się łapczywie, z dołu bądź góry. Co chwila zaglądamy w rozdziawione buzie burżujów, wkładamy w nie palce, aby wywołać wymioty, i raz jeszcze, bo jeden raz nie wystarczy, ocieramy pot z czoła, oczy skrzą się z podniecenia, nie wiadomo – czy nam, czy im. Wszyscy są rozgorączkowani, przepychają się, dyszą; dyszy całe miasto, cała Łódź, która jest potworem zbudowanym z ludzkiej chciwości i rozpaczy. Bez rozpaczy nie byłoby chciwości, bo bez tysięcy robotników, walczących o utrzymanie się przy życiu, nie byłoby garstki bogaczy, walczących o utrzymanie się wśród bogaczy. Nie ma tu reguł i celnie zauważał Konrad Eberhardt w ,,Kinie”(1974), że
„Ziemia obiecana” ukazuje nam kapitalizm nieucywilizowany, surowy, prawdziwszy, jakby będący emanacją samej zwierzęcej natury człowieka. Świat łódzkiego biznesu jest tak jawny i naturalny w swojej nikczemności, że aż - na zasadzie paradoksu - wydaje się światem, który w ogóle nie zetknął się z normami etycznymi, światem bez grzechu.
Polacy, Niemcy, Żydzi
O grzechu przypominają postacie pozostające na zewnątrz. Na początku więc ojciec Karola, ziemianin Borowiecki, który w porze podwieczorku gra w karty z zagłobiańskim księdzem Szymonem i nie gorszym od niego Zajączkiewiczem (w tej roli istotnie Zagłoba, bowiem Kazimierz Wichniarz, który w tym samym roku zagrał w Potopie); a jeszcze więcej Anka, wybiegająca na ganek w sukience w niebieskie kropki, która czule opiekuje się ludźmi i gospodarstwem. Razem reprezentują spokojny soplicowski świat, świat który zdradza młody dziedzic, wycinając brzozy i ,,nazywając cnotę zabobonem”. Grzeszy, ponieważ porzuca harmonię na rzecz ekstazy, a przede wszystkim przedkłada siebie ponad innych, sprzedaje dwór i przenosi ojca z Anką do strasznej im Łodzi.
Może nawet zapomnielibyśmy, że i ziemiańskie dobro ufundowane było na ludzkiej krzywdzie, gdyby nie pycha szlachcica Trawińskiego. On również próbuje swoich sił w przemyśle, ale z miernym skutkiem. Nie poprosi jednak o pożyczkę niemieckiego potentata Bucholca, ponieważ uważa, że to by mu ubliżało. Nie wiemy, czy chodziło o charakter Niemca, czy jego narodowość, ale nie da się pomyślić pychy, która oblewa twarz Andrzeja Łapickiego. Bardzo wiarygodny obrazek z dziejów rodzimej mentalności, choć w powieści losy Trawińskiego potoczyły się inaczej niż w filmie.