Warlikowski mówił, że po misternie utkanych "Francuzach", adaptacji Proustowskiego opus magnum, czuł się przez widownię niezrozumiany. Być może z tego poczucia wyobcowania wyniknęła ostateczna decyzja, by po trzech latach od tamtej premiery, zamiast kolejnego klasyka europejskiej literatury – "Doktora Faustusa" Thomasa Manna, wystawić ostatecznie "Pakujemy manatki", czyli "komedię na osiem pogrzebów" Hanocha Levina. Podkreślany w okołopremierowych wypowiedziach kontekst lokalny związany z wściekłością, głębokim rozczarowaniem i bezradnością w obliczu obecnej sytuacji w Polsce i Europie – w konfrontacji ze spektaklem zdaje się ustępować miejsca ahistorycznej refleksji o poszukiwaniu lepszego miejsca, przymusie ruchu, odchodzeniu i przemijaniu.
Adaptację "Pakujemy manatki" Levina przygotowaną przez samego reżysera oraz dramaturga Piotra Gruszczyńskiego we współpracy z Adamem Radeckim widzę jako rodzaj gry z recepcją i oczekiwaniami wobec Nowego Teatru, która rozgrywa się zarówno na obszarze wyboru i opracowania tekstu, jak i decyzji reżyserskich. W najnowszym spektaklu Warlikowskiego nie zobaczymy bowiem wielkich kreacji aktorskich, jakich można by się spodziewać po tej niesamowitej, 21-osobowej obsadzie. W "Wyjeżdżamy" scena jest jak poczekalnia lub osobliwy przedsionek, w którym każdy bohater ma swoje pięć minut, by opowiedzieć o własnym nieszczęściu. Spektakl przypomina raczej korowód absurdalnych postaci zamkniętych w swoich mikroświatach niż showcase popisowych ról – co w kontekście renomy zespołu Nowego i występujących gościnnie wybitnych aktorów i aktorek jest intrygującym rezultatem. Całokształt scenicznej kreacji jest jednocześnie serią rewelacyjnych wcieleń, spośród których trudno byłoby wybrać najjaśniejsze punkty.
Scena z przedstawienia "Wyjeżdżamy" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, 2018, fot. Magda Hueckel/Nowy Teatr
Zaczyna się od zatwardzenia Szabtaja Szustera. Zamknięty w łazience mężczyzna (Zygmunt Malanowicz) mamrocze, że jest "ciężki i oszukany". To jego pogrzeb otworzy tragikomiczną serię. Potem elementy skatologiczne i te związane ze stawiającym opór ciałem będą pojawiać się niczym egzotyczne memento mori. Henia Gelertner (Ewa Dałkowska) powtarza, że chce zwymiotować – "tylko o to proszę!", krzyczy. Babcia Zigiego (Jadwiga Jankowska-Cieślak) choruje na płuca, ale ucieka z domu opieki, w którym chce umieścić ją jej neurotyczny syn. Amacja (Bartosz Gelner) umiera po operacji guza mózgu, a jego narzeczona-vlogerka przylatuje z Ameryki prosto na jego pogrzeb. Munia (Wojciech Kalarus) umiera przy stole – jak mówi jego żona (Dorota Kolak) – "w samym środku zupy". Tekst Levina (poprzetykany fragmentami innych jego utworów oraz tekstów innych autorów) nie opracowuje przemijania jako lirycznej figury z dziedziny melancholii, ale ukazuje je jako coś do bólu zwyczajnego i fizjologicznego. Pokazuje kurczącą się wspólnotę, w której każda kolejna ceremonia budzi coraz mniej emocji: w pewnym momencie Cypora (Maja Ostaszewska) wykrzykuje "Kurczę, znowu pogrzeb!". Przymus spotykania się i żegnania w tej wykruszającej się społeczności staje się nieznośny.
Scena z przedstawienia "Wyjeżdżamy" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, 2018, fot. Magda Hueckel/Nowy Teatr
Jednocześnie wszyscy chcą dokądś jechać. Słowa takie jak tytułowe "wyjeżdżamy" czy "wyjazd" padają w spektaklu niezliczoną ilość razy. Ruch rozgrywa się tutaj w wielu trajektoriach: śmierci, powrotu z emigracji czy gorącego pragnienia wyjazdu do ponoć-lepszego-świata, którego figurą jest w spektaklu Szwajcaria (to tam chce pojechać Dani – postać grana przez Jacka Poniedziałka). Powodów do wyjazdu jest mnóstwo: miłość, chęć otworzenia biznesu, ale wszystkie mają wspólny mianownik – wiążą się z nadzieją na zmianę życia. Wszystko to zdaje się jednak tylko pozorem ruchu – jak w scenografii Małgorzaty Szczęśniak, gdzie osiem par drzwi (jak te osiem pogrzebów) pozwala wyjść z jednej strony i wrócić z drugiej. Ten świat jest ciasny, duszny, skarlały. Panuje atmosfera zniechęcenia z ulotnymi mignięciami małych radości. Przestrzeń wielokrotnie przecinają też kabinówki, dobytek spakowany w jedną, małą walizkę na kółkach mieszczącą się do schowka w tanich liniach lotniczych. To symbol naszych czasów, spowszednienia wyjazdu i wypaczenia idei podróży. O tym jest też dla mnie ten spektakl: wszyscy się ruszają, przemieszczają, ale jakże często nic za tym nie idzie. A markowanie aktywności i zmiany jest dziś wyjątkowo łatwe. Jest taka popularna nie tylko na polskich weselach gra w "gorące krzesła", w której liczba krzeseł jest zawsze mniejsza od liczby graczy i ten, kto nie zdąży na sygnał usiąść – odpada. "Wyjeżdżamy", toczy się trochę jak ta gra, w którym dramaturgiczny rytm wyznaczają kolejne, coraz mniej przeżywane pogrzeby. Tylko że tutaj nikt nie wygrywa. Trudno zresztą orzec, jaka jest w spektaklu stawka. Polepszenie życia wydaje się tu bowiem mglistą, niespełnialną fantazją i jest tak, jakby to śmierć była w swojej ostateczności jedyną możliwą zmianą. Trudno oprzeć się też wrażeniu, że – wbrew wyobrażeniom bohaterów – życie wcale nie jest "gdzie indziej", ale właśnie tu i jest właśnie takie: miałkie, klaustrofobiczne, uwikłane w fizjologię.
Scena z przedstawienia "Wyjeżdżamy" w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, 2018, fot. Magda Hueckel/Nowy Teatr
Warlikowski konsekwentnie traktuje teatr jako przestrzeń osobistej konfrontacji: z tekstem i jego autorem oraz z Historią – tym razem jednak ta ostatnia może zostać bez obaw równie dobrze zapisana małą literą. Interesujące reżysera napięcie między wielką narracją a intymnością jednostkowego dramatu w przypadku "Wyjeżdżamy" przestaje być sednem inscenizacji, która zdecydowanie skręca w stronę tego, co słabe i zanikające – w czym, paradoksalnie, tkwi siła tego spektaklu. Nie widzę tu jednak artystycznego kompromisu, który mógłby na powrót zbliżyć Warlikowskiego do jego widowni – raczej próbę odciążenia samego medium, które mogło dzięki wyborowi tekstu stać się miejscem wspólnotowego, inkluzywnego doświadczenia, w którym literatura przestaje być dominującą figurą.
Ironia i gra wysokich i niskich tonów pozwalają na nowo odkryć teatr Krzysztofa Warlikowskiego. Rys groteski jest w "Wyjeżdżamy" kojący i odświeżający – i choć to bardzo smutna komedia (tę przewrotność ujął przecież Levin w podtytule), to przynosi także dziwny rodzaj ciepła. Na końcu cała obsada lekkim, tanecznym krokiem wychodzi do braw z lodami na patyku. Jest w tym coś z gestu puszczenia oka, z przekornego "a jednak zostajemy!". Tak jakby Warlikowski odnajdywał w ogarniającym go poczuciu zawodu i rozgoryczenia jakiś cień nadziei, który przynosi właśnie bycie we wspólnocie, w teatralnej rodzinie, o której sam mówi.