Piórkiem, węglem, akwarelą – architektura na rysunkach Wiktora Zina
Wykładał architekturę kości, znał na pamięć niektóre libretta do oper Moniuszki, pisał poezję, został honorowym obywatelem stolicy Ekwadoru i był gospodarzem najpopularniejszego programu telewizyjnego o architekturze "Piórkiem i węglem".
Dźwiękiem i piórkiem
Wiktor Zin to architekt głosu. Wie, jak zbudować odpowiedni nastrój, kameralny i nieco teatralny zarazem, utrzymać uwagę odbiorcy, słowem kreować obrazy. Na archiwalnych nagraniach słychać łagodny, modulowany ton, przyspieszony w partiach dygresyjnych, spowolniony, gdy mowa o rzeczach wartych podkreślenia. Posługuje się przy tym polszczyzną elegancką, melodyjną, z charakterystycznym wschodnim zaśpiewem, który ożywia opowieść.
Nie potrafił żyć bez Krakowa, ale zawsze wracał do rodzinnego Hrubieszowa. To właśnie stąd wziął się jego kresowy akcent. Urodził się 14 września 1925 roku w miasteczku, w którym przyszedł na świat Bolesław Prus, a Bolesław Leśmian rozmawiał z drzewami. Zresztą autor "Dziejby leśnej" wynajmował pokój u dziadka przyszłego architekta. Po seniorze rodu oraz po swoim ojcu Zin odziedziczył artystyczny talent i od nich otrzymał wiedzę praktyczną. We wspomnieniach dziadek urastał wręcz do mitycznej postaci: choć nie ukończył akademii, był świetnym rzemieślnikiem i jedynym malarzem we wsi, wybielał sztukaterie i złocił rozety w starych dworach, a wnuka nauczył zasad konserwacji, czym ten później imponował profesorom.
O mały włos, a młody Zin skończyłby w warsztacie jako mechanik. Opiekunów nie było stać na szkołę ogólną, więc chłopiec postanowił na nią zarobić. Wykonał około trzydziestu rysunków Hrubieszowa (wówczas jeszcze tylko piórkiem i akwarelą) i wysłał je do Edwarda Rydza-Śmigłego. Dołączył do nich list z prośbą o sfinansowanie nauki w gimnazjum, dzięki czemu mógłby zostać – jak marszałek Polski – artystą malarzem. Wkrótce jeden ze szkiców został przedrukowany w gazecie warszawskiej, a jego autorowi przyznano stypendium pozwalające na realizację pasji.
Piórkiem i węglem
Rysuje tak, jak mówi – płynnie, miękko, lecz zdecydowanie. Kilkoma pociągnięciami precyzyjnie oddaje na białym kartonie piękno polskiej architektury i krajobrazu. Najpierw kontury, raz grubsze, raz cieńsze, następnie osobliwe detale, na końcu cieniowanie. Wszystko na oczach widza. Historie werbalne i wizualne tworzy równocześnie, choć te pierwsze niekoniecznie przedstawiają to, co ilustracje, z kolei te drugie są jakby wyświetlane w przyspieszonym tempie. Sylwetkę Wawelu musi odtworzyć w dwie i pół minuty. Przed programem na żywo ćwiczy więc w swojej pracowni, do której często wpada niezapowiedzianie Tadeusz Kantor na kieliszek koniaku, mimo że architektów nie znosi. Pierwsze podejście Zina – osiem minut, drugie – sześć, wraz z kolejnymi szkicami węglem wydobywa odpowiedni rytm, ale dopiero po trzydziestu próbach mieści się w czasie.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Wiktor Zin w programie edukacyjnym TVP "Piórkiem i węglem", 1997, fot. Marek Wachowicz / TVP / East News
Obrazek
wiktor_zin_en_.jpg
W ten sposób przez blisko trzydzieści lat emisji programu telewizyjnego "Piórkiem i węglem" wykonał – jak sam mówił – dziesięć tysięcy rysunków na wizji (niektórzy podają liczbę trzykrotnie większą). Szkiców powstało o wiele więcej. Po latach gospodarz wspominał:
Moje telewizyjne wystąpienia to było przecież płynięcie pod prąd. [...] Zin mówił o drewnianych kościółkach, kapliczkach, o wschodnich terenach Polski, dworkach… Przecież to wszystko nie było z tamtej bajki, a jednak pozwalano mi mówić.
Pomysł na ów cykl zrodził się w 1962 roku. Najpierw co tydzień, później co dwa tygodnie Zin rysował węglem na białym brystolu, czasem kredą na tablicy, dzieła sztuki i przybliżał widzom historię architektury, wplatając w opowieść elementy ludowości, filozofii, muzyki. Mówił o rzeczach niemile widzianych przez peerelowskie władze: Kresach, budynkach sakralnych, odbudowie Wawelu. "Wawel był dla mnie celem zdobywania wiedzy" – pisał Zin. Marzył o Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, rysunek ćwiczył pod okiem rosyjskiego emigranta Aleksandrowa, jednak ostatecznie zdawał na architekturę tuż po wojnie. Na egzaminach wstępnych wymagano jedynie rysunku, więc udało mu się uniknąć nielubianej matematyki. Już na pierwszym roku studiów został asystentem prof. Witolda Dalbora, cenionego historyka sztuki i konserwatora zabytków, ale na życie zarabiał rysując. Dwa lata po ukończeniu Politechniki Krakowskiej obronił doktorat na temat attyki polskiej, natomiast pracę habilitacyjną napisał o renesansowym budownictwie sakralnym na Lubelszczyźnie.
Węglem i pięknem
Nienaganna prezencja, staranne przygotowanie, cierpliwe wyjaśnianie fachowych terminów architektonicznych świadczą o jego szacunku do odbiorcy. Widać to chociażby w pierwszym zarejestrowanym programie "Piórkiem i węglem" z 1972 roku (wcześniejsze odbywały się na żywo i ze względu na niezaawansowaną technikę nie były nagrywane) dotyczącym Zamościa, który – jak mówi gospodarz – "jest obstawiony rusztowaniami, który przeżywa teraz renesans swego istnienia, w którym zadania konserwatorskie objęły całe miasto".
Jeden ze studentów Zina zapamiętał ich spotkanie w zamojskiej kawiarni, gdzie profesor naszkicował na serwetce manierystyczny szczyt elewacji frontowej Kolegiaty Zamojskiej, który powinien stać się wzorcem przywrócenia jej pierwotnego kształtu. To było jego posłannictwo – konserwacja zabytków, zachowanie ginącego piękna krajobrazu architektonicznego kraju. Bonawentura Maciej Pawlicki we wspomnieniu dzieła swojego mistrza napisał:
Podczas badań gmachu Akademii Zamojskiej odkrył arkadowania dziedzińca, a także ukryte w murach zewnętrznych poddasza ślady po dawnej skutej attyce, której kształt naszkicował w mym rysowniku. Zawsze twierdził, iż instytucja badacza pozwalała konstruować odważne sądy, pod warunkiem uzyskania pełnej wiedzy o genezie opisywanego zjawiska.
[Bonawentura Maciej Pawlicki, "Profesor Wiktor Zin – spojrzenie na dzieła i twórczość", Kraków 2017]
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Wiktor Zin w swojej pracowni , Kraków, 1997, fot. Mariusz Makowski/Forum
Obrazek
wiktor_zin_forum_32.jpg
Nie tylko Zamość skorzystał na jego wiedzy, lecz także Opatów, Chełm, Radom, Bydgoszcz, Staszów i wiele innych polskich i zagranicznych miast. W Stanach Zjednoczonych wykonał projekt kaplicy św. Maksymiliana Kolbego w Sterling Heights, a w Ekwadorze pracował przy rekonstrukcji katedry w Quito – został nawet jego honorowym obywatelem. Najwięcej zawdzięcza mu Kraków, między innymi: odrestaurowanie gmachu Teatru Słowackiego, plan odgruzowania i odtworzenia średniowiecznych piwnic pod Wieżą Ratuszową czy nawierzchnię Rynku Głównego. Ponadto zwrócił uwagę na ginącą historię lokalną, dokumentując zmieniający się krajobraz bronowickiej wsi.
Wiele przedsięwzięć mógł podjąć dzięki zajmowanym stanowiskom. W 1962 roku został dziekanem Wydziału Architektury macierzystej uczelni (stanowisko to piastował trzykrotnie), wykładał również na uniwersytecie w Zagrzebiu, był członkiem Meksykańskiej Akademii Architektury. W latach 1977-1981 pełnił funkcję generalnego konserwatora zabytków w randze wiceministra. Choć jako urzędnik uruchomił i doprowadził do końca wstrzymaną wcześniej procedurę uznania zawodu architekta za artystyczny, wielu miało mu za złe współpracę z komunistycznym rządem. Kontrowersje wzbudziła też samowolna decyzja o natychmiastowym wywiezieniu Panoramy Racławickiej z Wrocławia do nieprzygotowanego magazynu w Warszawie – po latach wyjaśnił, że jedynie ratował dzieło sztuki przed spaleniem, na które było ciche przyzwolenie ówczesnych władz. Podpisał również porozumienie o zwrocie gdańskich obiektów sztuki przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego Zin zrezygnował z pełnionych funkcji i zajął się pisaniem opowiadań.
Pięknem i dźwiękiem
Zin to typ gawędziarza. Gdy akurat nie kreśli nic węglem na papierze, odwraca się do kamery. Snuje merytoryczne opowieści o zastygłych murach i spróchniałych chatach tak, jakby prezentował mit o stworzeniu piękna. Zgrabnie przechodzi od architektonicznych detali do ciekawostek archeologicznych, uzupełniając wywód cytatami z dzieł literackich czy filozoficznych lub anegdotami z własnego życia. Buduje plastyczne zestawienia, na przykład porównuje wielkość piramidy Cheopsa do rynku krakowskiego, największego w Europie. Nie oddziela architektury świeckiej od sakralnej – w obu dostrzega dzieło sztuki. Tak pisze o krynicznych kaplicach w "Pięknie utraconym":
Belki i słupy pęcznieją, czasem kurczą się, w zależności od pogody. Z najstarszych smolistych desek w dni słoneczne wycieka żywica. Niektóre spróchniałe bierwiona potrafią nawet w nocy świecić. [...] A poza tym, czy nigdy nie nocowaliście w starym dworze? [...] W nocy drewno mówi… Słychać wtedy wyraźne trzaski i pękania, a czasem skrzypienie, tak jakby ktoś wielki i potężny stąpał, sapał i przeciągał się po długim śnie.
Zin nie zapowiadał się na telewizyjną gwiazdę, jednak widzowie cyklu "Piórkiem i węglem" i kilku innych programów popularnonaukowych pokochali jego wykłady. Oglądalność miał porównywalną do hitowych peerelowskich seriali, a mimo to zawstydzał skromnością. Zarażał pasją bez względu na to, czy rozkładał budowę dworu na czynniki pierwsze – jak "klocki lego", powtarzał – czy omawiał anatomię człowieka w kontekście dzieł Wita Stwosza. Był zresztą autorem ilustracji do podręczników dla lekarzy i studentów medycyny. Architekturę nazywał skamieniałą muzyką. Nie potrafił czytać nut, ale mógłby zagrać z pamięci mazurka Chopina. Jeszcze jako student grywał na kościelnych organach w zamian za stancję w klasztornej celi oo. Augustianów przy kościele św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu. Już jako profesor jeden z wykładów na Akademii Muzycznej poświęcił relacjom Partenonu z muzyką. Uwielbiał swoich studentów z wzajemnością. Zasłabł, przygotowując się do zajęć, wkrótce zmarł.
Znane są jego projekty scenografii teatralnych i operowych, ale nie wszyscy wiedzą, że Zin także pisał sztuki teatralne. Traktował je raczej jak literacką przygodę, chociaż komedię "Przez samochód, kobietę i psa" pokazano nawet w teatrze telewizji. Jerzy Skrobot, autor książki "Zin. Architekt piękna", określił swojego bohatera mianem "teatru jednego aktora". Kurtyna opadła 17 maja 2007 roku w Rzeszowie.