Techniki w rodzaju heliografii nie bez powodu wracają dziś do łask. W dwudziestoleciu międzywojennym służyły do poszerzania możliwości wyrazu fotografii i rozluźnienia gorsetu reprezentacji – obiekty naświetlane na papierze światłoczułym tworzyły niemal abstrakcyjne montaże zamiast bezpośredniej migawki z rzeczywistości. Dziś, kiedy bardziej kuszącą od kolejnego smart urządzenia pozwalającego błyskawicznie odczytywać powiadomienia z mediów społecznościowych staje się idea "dumb phone", a coraz więcej osób porzuca streamingi muzyczne na rzecz wygrzebanych na aukcjach kilkunastoletnich iPodów, awangardowe techniki fotograficzne reprezentują coś zupełnie innego. Sięgnięcie po nie to jeszcze jeden wyraz tęsknoty za analogowymi mediami i głębszym doświadczeniem, jeszcze jeden akt celowego utrudniania sobie życia, które choć na wielu poziomach nieznośne, w innych obszarach stało się aż nazbyt łatwe, zapewniając ciągłe zastrzyki dopaminy na skinięcie. Wystawa w Zamku Ujazdowskim wpisuje się w tę tęsknotę za uważnym spojrzeniem i kontaktem z fizycznym dziełem. "Kuratorski duet robi wystawę tak, jakbyśmy nie byli w epoce postfotograficznej, po śmierci medium, które wiedzie obecnie życie po życiu w cyfrowych zaświatach", pisał Szabłowski. Stawiając na wrażeniowość, zupełnie jednak swojej postawy i potencjalnego kontekstu rynkowego nie problematyzuje.
W ostatniej sali wystawy, urządzonej na przytulną czytelnię z licznymi, swobodnie rozrzuconymi photobookami, znajdziemy także wybrane fotografie z archiwum Instytutu Pamięci Narodowej. Nie zostały one jednak opatrzone podpisem informującym, że wybór ten jest częścią projektu samego Rusznicy – pierwotnie wydanego z Beatą Bartecką jako książka "How to Look Natural in Photos" w 2021 roku, a później prezentowanego jako wystawa "Gdy spojrzysz mi w oczy dwa razy, rozchylę usta lub zacisnę pięści". Owe zdjęcia pochodzą z materiałów operacyjnych peerelowskich służb, od milicji po kontrwywiad. Łukasz Rusznica proponuje jednak spojrzenie na fotografie funkcjonujące na co dzień jako źródło informacji na temat działania służb Polski Ludowej pod zupełnie innym, formalnym kątem. To zatem także projekt o kontekstualizacji i dekontekstualizacji, o tym jak działać może zdjęcie w zależności od ramy, w jakiej je umieścimy. Ten końcowy akcent na wystawie świetnie pokazuje kuratorskie wyczucie Rusznicy, paradoksalnie podważając przy tym całą, programowo uciekającą od definiowania i wyraźnego kategoryzowania narrację ekspozycji. Bo jak udowadnia ten wybór, fotografie – nawet jeśli wydają się jedynie uwodzącymi pejzażami – nigdy nie są niewinne. A najgorsze, co można wobec nich zrobić, to pozwolić się bezkrytycznie uwodzić.