Machulskiemu przylepiono etykietkę najbardziej amerykańskiego z polskich reżyserów, a on sam bardzo polubił rolę mistrza kina rozrywkowego. Kolejnymi filmami potwierdzał, że miłość do amerykańskiego kina popularnego potrafi przekuć na artystyczne sukcesy nad Wisłą. W "Seksmisji" z 1983 roku tworzył komediowe science-fiction o wojnie płci, kreśląc jednocześnie dowcipną satyrę wymierzoną w totalitarny system. 11 milionów sprzedanych biletów było dowodem na to, że Machulski znalazł klucz do serc polskich widzów.
Jego sukces polegał na łączeniu tego, co swojskie i nadwiślańskie, z tym, co amerykańskie i znane jedynie z Hollywoodzkich superprodukcji. Nie opadł jeszcze kurz po "Seksmisji", gdy Machulski już serwował widzom "Vabank II czyli riposta" (1984), drugą część historii kasiarza Kwinty, który po ucieczce z więzienia mści się na wrogach. Machulski nie tylko rozwijał stworzoną przez siebie historię, ale też sięgał po zachodnie wzorce, cytując i parafrazując takie tytuły jak "Żądło" Hilla czy "Ojca Chrzestnego" Coppoli. Do największych hitów zza oceanu nawiązywał także w wieńczącym dekadę lat 80. "Déjà vu" (1989) o płatnym zabójcy, który w 1924 roku przybywał do Odessy, by zlikwidować gangstera uciekającego ze Stanów Zjednoczonych.
Wyrazem miłości do amerykańskiego kina popularnego był także zrealizowany już w latach 90. "Kiler", który przyciągnął do kin ponad 2 miliony widzów, a prawa do jego remake’u kupiło… Studio Disneya, co było najlepszym dowodem na to, że miłość Machulskiego do filmowej Ameryki była uczuciem być może nie do końca spełnionym, ale odwzajemnianym.
Bo choć nadwiślańskie kino rozrywkowe nigdy nie cierpiało na nadmiar pieniędzy, a w kinematografii zbudowanej na etosie reżysera-wieszcza filmowe horrory, filmy sensacyjne czy kryminalne postrzegane były jako "dzieci gorszego Boga", to oglądane po latach stanowią fascynujący zapis tęsknoty. Za Zachodem i niewinną filmową rozrywką, ale też za możliwością przekroczenia własnych ograniczeń i wyboru własnej, choćby najbardziej ryzykownej, drogi.