Nigdy nie podłączałem się do żadnych grup – mówił Barbarze Hollender, autorce książki "Od Wajdy do Komasy". – Taką mam naturę. Nie chciałem występować w chórze ani być wagonikiem doczepionym do lokomotywy. Ja zresztą nie miałem poczucia pokoleniowej wspólnoty.
Podczas gdy u progu lat 80. polskie kino żyło moralnym niepokojem, a kolejni twórcy wchodzili w zwarcie z opresyjnym systemem, Machulski szukał własnej drogi. Postanowił wypełnić lukę w polskim kinie, tworząc kino rozrywkowe według amerykańskich schematów.
"Vabank", 1981 r.

Kadr z filmu "Va bank", reżyseria: Juliusz Machulski. Na zdjęciu: Jan Machulski, fot. Polfilm / East News
Scenariusz swojego debiutanckiego filmu napisał kilka lat wcześniej. Miał go nakręcić Janusz Majewski, ale brakowało mu czasu, by zająć się tekstem młodego Machulskiego. Scenariusz musiał poczekać. Studio Tor chciało go oddać do realizacji Markowi Piwowskiemu, ale Machulski postanowił, że sam nakręci tę historię, a w 1981 roku dzięki pomocy Jerzego Kawalerowicza udało mu się zrealizować "Vabank".
Historia kasiarza Kwinty (Jan Machulski), który po wyjściu z więzienia obmyśla zemstę na Kramerze (Leonard Pietraszak), właścicielu banku, przez którego został aresztowany, była dowodem na to, że także nad Wisłą można robić gatunkowe kino w amerykańskim stylu. Machulski uciekał od politycznej doraźności i przeniósł akcję filmu do lat 30. minionego wieku, a kryminalną opowieść inkrustował elementami komediowymi.
Krytycy byli zachwyceni:
Poza zbędną sceną zabójstwa na stadionie (zbędną, bo z innego, krwawego kryminału) - ogląda się "Vabank" tak, jak filmy amerykańskie obrosłe tradycjami, specjalistami i dolarami - to znaczy bez chwili nudy, lekko, z napięciem i uśmiechem odprężenia jednocześnie, łykając bezwiednie dydaktykę. Czasy są ciężkie, "Vabank" dostarczy każdemu wytchnienia na wysokim poziomie rozrywki, która jest już sztuką. To bardzo dużo - pisał jeden z recenzentów (cyt. za. Filmpolski.pl).
Dla Machulskiego "Vabank" był początkiem przygody nie tylko z wielkim kinem, ale i z festiwalami. To właśnie dzięki swemu debiutowi w styczniu 1982 roku pojechał na 1. MFF w Manili. Jego obraz prezentowano w konkursie obok filmów François Truffauta, Petera Weira czy Karela Reisza, a że w Polsce trwał wówczas stan wojenny, publiczność czekała na dzieło, które odniesie się do politycznych zawirowań tamtego okresu. "Vabank" przyniósł im coś zgoła odmiennego – błyskotliwą rozrywkę i ciekawą intrygę. Machulski dostał nagrodę za debiut, a widząc reakcję azjatyckiej publiczności na swój film, zrozumiał, że "kino nie zna granic ni stanów wojennych".
"Seksmisja", 1983 r.

Jerzy Stuhr i Olgierd Łukaszewicz w filmie, "Seksmisja" w reżyserii Juliusza Machulskiego, 1983, fot. Studio Filmowe Kadr / Filmoteka Narodowa / www.fototeka.fn.org.pl
Mimo to w swym kolejnym filmie był już nieco bardziej "polityczny". I jeszcze dowcipniejszy. W 1983 roku, zaledwie dwa lata po premierze "Vabanku" Machulski zrealizował "Seksmisję", komediowe science-fiction, które przyciągnęło do kin ponad 11 milionów Polaków, stając się jednym z największych kasowych przebojów w dziejach polskiej kinematografii.
Nie wszyscy spodziewali się aż takiego sukcesu – Jerzy Kawalerowicz, ówczesny szef studia Kadr, nie chciał podjąć się produkcji "Seksmisji". Bał się, że rodzima kinematografia nie podoła wyzwaniu jakim była realizacja filmu science-fiction. Chciał, by film był polsko-czeską koprodukcją, ale sąsiedzi zza południowej granicy odrzucili scenariusz ze względów ideologicznych.
Akcja filmu działa się w roku 2044 i na świecie komunizmu najwyraźniej już nie było. Zaproponowali mi przeniesienie akcji do roku 2344, na co ja się nie mogłem zgodzić" – pisał reżyser w swojej autobiografii.
"Seksmisja" jednak powstała. I udowodniła, że sukces "Vabanku" nie był dziełem przypadku, ale świadectwem reżyserskiego talentu Machulskiego. Historia Maksa (Jerzy Stuhr) i Alberta (Olgierd Łukaszewicz), którzy w ramach naukowego eksperymentu poddali się hibernacji, by po latach wrócić do życia w świecie, którym rządzą kobiety, okazała się niezwykłą gatunkową hybrydą. Machulski łączył komedię z dystopijnym science-fiction, a "Seksmisja" była jednocześnie satyrą wymierzoną w totalitarny system i w feminizm.
Stała się też prawdziwą kopalnią bon-motów. "Na Wschód, tam musi być jakaś cywilizacja", "Nasi tu byli", "A może Curie-Skłodowska też była kobietą?", "Ciemność widzę, ciemność", "Nas? Bohaterów? Prądem?!", "Permanentna inwigilacja", czy też płaczliwe "Kobieta mnie bije" wypowiadane przez Jerzego Stuhra to teksty, które na stałe weszły do języka potocznego.
"Vabank II czyli riposta", 1984 r.
Po niezwykłym kasowym sukcesie "Seksmisji", poprzeczka zawieszona przed Machulskim powędrowała jeszcze wyżej niż po debiutanckim "Vabanku". Reżyser szukał więc pomysłu na film, który byłby gwarancją powodzenia i materiałem na kolejną ciekawą opowieść. W poszukiwania tematu zaangażowany był także Jan Machulski, znakomity aktor i ojciec reżysera kibicujący karierze syna.
Pewnego dnia, wiosną 1984 roku zadzwonił on do syna z prośbą, by szybko przyjechał na spotkanie z człowiekiem, który ma dla niego pomysł na film. Na miejscu Machulski spotkał ekscentrycznego starszego pana i jego asystentkę, Maestro i pannę Li, jak określił ich w swojej autobiograficznej książce. Maestro chciał, by Machulski nakręcił film o jego… psie, który według właściciela potrafił malować.
Kiedy za Maestro i panną Li zamknęły się drzwi, odwróciłem się do Janka. – Przepraszam, że ci zawracałem głowę szukaniem tematu na mój nowy film. Dobra. Pójdziemy na łatwiznę. Zrobimy ten Vabank 2". – tak wspominał Machulski okoliczności, w jakich narodziła się druga część historii kasiarza Kwinty, Duńczyka i Kramera, który po ucieczce z więzienia chce się odegrać na swoich śmiertelnych wrogach.
"Vabank II czyli riposta" nie powtórzyło sukcesu debiutu Machulskiego, ale pokazało, że reżyser potrafi czerpać z rezerwuaru gatunkowych schematów i bawić się nimi. W "Vabanku II" cytował bowiem samego siebie, ale też ironicznie nawiązywał do "Żądła" Hilla czy "Ojca chrzestnego" Coppolli.
"Kingsajz" , 1987 r.

Kadr z filmu "Kingsajz" w reżyserii Juliusza Machulskiego, 1987. Na zdjęciu: Joachim Lamża, Jerzy Stuhr i Maciej Kozłowski., fot. Studio Filmowe Kadr/Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
Fani Machulskiego aż trzy lata musieli czekać na jego kolejny film. Było warto. Bo Machulski powrócił w znakomitym stylu, opowiadając historię kompletnie inną niż te, które snuł we wcześniejszych filmach.
"Kingsajz" był historią mieszkańców tajemniczej krainy Szuflandii, gdzie wśród szuflad, segregatorów i innych biurowych sprzętów żyją sobie krasnoludki dowodzone przez nadszyszkownika Kilkujadka (Stuhr). Pilnuje on, by żaden z jego współtowarzyszy nie odkrył tajemnicy Kingsajzu, eliksiru dzięki któremu maleńkie krasnale mogą uzyskać normalną ludzką sylwetkę i zamieszkać w świecie homo sapiens. Jednak pewnego dnia alchemikowi Adasiowi udaje się uzyskać recepturę pożądanego eliksiru…
Już rzut oka na opis fabuły wystarczy, by stwierdzić, że "Kingsajz" był dla Machulskiego skokiem na głęboką wodę. Jonathan Swift spotykał tu Sławomira Mrożka, a fantasy szło pod ramię z komedią absurdu. A to nie wszystko - czwarty film w dorobku króla polskiej komedii był jednocześnie ironicznym ciosem wymierzonym w totalitarny system PRL.
Wiele się mówi o wpływie kina gatunkowego na twórczość Machulskiego (…). Rzadko natomiast bada się bardziej swojskie korzenie filmów autora „Kilera”. Korzenie, z których nigdy nie wyrósł. Jego komedie są zawsze z „tu i teraz”, nawet jeśli noszą kostium historyczny czy fantastyczny" – pisał Bartosz Żurawiecki w "Dwutygodniku", a "Kingsajz" jest bodaj najdoskonalszym dowodem słuszności tej tezy.
Tezy, z którą sam Machulski nigdy nie polemizował, a w "Hitmanie", książkowej autobiografii przyznawał, "… prawdę powiedziawszy, wszystkie filmy, jakie zrobiłem, są bardzo polskie".
"Déjà vu", 1989 r.

Jerzy Stuhr w filmie "Deja vu" w reżyserii Juliusza Machulskiego, 1989, fot. Studio Filmowe Zebra/Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl
Mimo to, świat coraz bardziej interesował się geniuszem komedii znad Wisły. A i on sam marzył o nakręceniu filmu w Hollywood. Marzenie to zawiodło go do Judda Bernarda, producenta z Fabryki Snów, który chciał nawiązać współpracę z polskim reżyserem.
Machulski opowiedział mu historię amerykańskiego mordercy na zlecenie, który z Chicago przylatuje do peerelowskiej Warszawy końca lat 80., by zlikwidować gangstera zbiegłego z USA. Tu amerykański zabójca zderza się z barierami komunikacyjnymi i cywilizacyjnymi, a gdy nie udaje mu się wykonać zadania, sam daje się zamknąć w polskim więzieniu, by nie zostać zabitym przez zawiedzionych zleceniodawców.
Machulski opowiadał tę historię przez piętnaście minut. Gdy zamilkł, Bernard podniósł słuchawkę telefonu, wybrał numer i po chwili powiedział swojemu rozmówcy :
Sam? Tu Judd Bernard! Jest u mnie młody, cholernie zdolny reżyser z Polski, który ma genialny pomysł na film!".
Niestety, z realizacji amerykańskiego filmu nic nie wyszło. Ale Machulski i tak nakręcił swój pierwszy zagraniczny film, tyle, że zamiast w Mieście Aniołów nakręcił go w ZSRR, a amerykański zabójca przyjeżdżał już nie do Warszawy, lecz Odessy, zaś akcja filmu z 1986 roku została przeniesiona do 1924. Tak powstało "Deja vu", jeden z tych filmów Machulskiego, do których można wracać wiele razy, wcale się przy tym nie nudząc.
Kiedy obraz Machulskiego zaprezentowano na jednym ze szwajcarskich festiwali, reżyser spotkał się tam z Jerzym Kosińskim, autorem głośnego "Malowanego ptaka" bardzo cenionym przez hollywoodzkich reżyserów. Po seansie "Deja vu" Kosiński i Machulski odbyli ważną rozmowę, którą tak relacjonował reżyser "Kilera":
Ten film przypomina mi ogromny statek – mówił Kosiński. - Transatlantyk. Wspaniale wyposażony i tak dalej. Tyle że nigdy nie wypłynie z portu. A wiesz dlaczego? – niepostrzeżenie przeszedł ze mną na „ty”. Nie wiedziałem. – Bo nikt nie zrozumie, dlaczego taki amerykański film został nakręcony po rosyjsku. Jerzy dał mi delikatnie do zrozumienia, że aby coś osiągnąć w filmie, czy tak jak on w literaturze, musi to być po angielsku. Wiedziałem, że ma rację".
"Kiler", 1997 r.

Małgorzata Kożuchowska i Cezary Pazura w filmie "Kiler" w reżyserii Juliusza Machulskiego, 1997, fot. Jacek Szymczak/Studio Filmowe "Zebra"/Filmoteka Narodowa
Początek lat 90. był w polskim kinie okresem szczególnym. Wraz z nadejściem gospodarki wolnorynkowej kinematografia dostała zadyszki, pojawiły się poważne problemy z finansowaniem filmów, a twórcy jakby nie potrafili znaleźć języka, który przemówiłby do nowej polskiej publiczności. Machulski był (obok Pasikowskiego) jednym z wyjątków. Zafascynowany amerykańską kulturą popularną potrafił wykorzystywać jej wzorce na własny użytek, a publiczność po latach peerelowskiej szarzyzny chciała filmów światowych i błyskotliwych. Sam Machulski kręcił w tym czasie filmy lepsze i gorsze, a przełomowym obrazem tego etapu jego kariery okazał się "Kiler".
Jego bohaterem był Jerzy K., warszawski taksówkarz, który pewnego dnia zostaje aresztowany jako jeden z najbardziej bezwzględnych zabójców na zlecenie. W więzieniu ciamajdowaty nieudacznik zaczyna być brany za Kilera, mordercę o międzynarodowej sławi e. Wkrótce kilku polskich gangsterów uwalnia go zza krat, a Jurek Kiler musi zmierzyć się z konsekwencjami swojej sławy.
Tak właśnie rozpoczynał się filmowy "Kiler", jeden z największych przebojów w dorobku Machulskiego i jedna z najbardziej bezpretensjonalnych polskich komedii lat 90.
Starałem się zrobić wszystko, żeby ten film dał widzowi półtorej godziny beztroskiej zabawy – mówił reżyser Barbarze Hollender.

Cezary Pazura i Janusz Rewiński w filmie "Kilerów dwóch" w reżyserii Juliusza Machulskiego, 1999, fot. Krzysztof Wellman/Studio Filmowe "Zebra"/Filmoteka Narodowa
Widzowie docenili jego starania, a "Kilera" w kinach obejrzało ponad dwa miliony widzów. Sukces ten po raz kolejny przyciągnął uwagę amerykańskich producentów. Studio Disneya zdecydowało się kupić od Machulskiego prawa do amerykańskiego remake'u "Kilera"
… w naszych przaśnych mediach zawrzało. Zaczęto spekulować: czy Pazurę zastąpi Jim Carrey, czy Will Smith? Czy Siarą będzie Danny DeVito, a Kasią Figurą – Melanie Griffith? Jedyne, co wiedzieli „na pewno”, to to, że film wyreżyseruje Barry Sonnenfeld, który właśnie odniósł sukces "Facetami w czerni". Poważne gazety i szmatławce chciały ze mną robić wywiady, nieliczne jeszcze stacje telewizyjne zapraszały do talk – show, a Nina Terentiew była gotowa poświęcić edycję Bezludnej wyspy ludziom "Kilera" – pisał Machulski w "Hitmanie".
Amerykański "Kiler" do dziś nie powstał. Jego polska wersja była natomiast ostatnim tak wielkim kasowym hitem reżysera. Twórcy, który jak mało kto potrafi znaleźć klucz do serc i portfeli rodzimej publiczności, o czymś świadczą nie tylko spektakularne sukcesy sprzed dekad, ale też więcej niż niezłe wyniki jego kolejnych produkcji: "Vinciego", "Ile waży koń trojański" czy choćby najnowszej "Volty".
Źrodła: