Mężczyźni na skraju załamania nerwowego, czyli co tak rozsierdziło krytyków „Dzięcioła” Jerzego Gruzy
Debiut Jerzego Gruzy – obyczajowa komedia o erotycznych podbojach, a raczej ich próbach została uznana za niedostatecznie realistyczną, niesprawiedliwą wobec mężczyzn i wrogą wobec kobiet. Nie dość śmieszną albo śmieszną ze złych powodów. A co dziś możemy wyczytać z alergicznej reakcji krytyki filmowej na Dzięcioła?
To była jedna z najbardziej wyczekiwanych premier 1971 roku. Jeszcze w trakcie zdjęć dzienniki donosiły o nowinkach z planu: o Wiesławie Gołasie pod Supersamem, o jego scenie z Violettą Villas i jej kremowobiałym Mercedesem w pobliżu Ściany Wschodniej, o drogiej taśmie Eastmancolor, której nie doczekało się wiele wcześniejszych, wydawałoby się, bardziej prestiżowych produkcji. Obiecująca była już plejada nazwisk. Gruza, kojarzony z hitami telewizyjnymi Poznajmy się, Małżeństwo doskonałe, Runda czy Kariera (tutaj jeszcze przed bezprecedensowym sukcesem Czterdziestolatka). Współautor scenariusza, Krzysztof Teodor Toeplitz – znany z ciętego języka redaktor naczelny satyrycznego czasopisma „Szpilki”. Nie sposób nie wspomnieć o takich gwiazdach jak przywołany już Wiesław Gołas w roli głównej, Alina Janowska, Irena Kwiatkowska, Zdzisław Maklakiewicz, Edward Dziewoński, Kalina Jędrusik i oczywiście Violetta Villas, „najjaśniejsza gwiazda znad Wisły na firmamencie Las Vegas”, jak piosenkarkę określiła, minimalnie tylko skrywając pogardę, Alina Reutt na łamach „Walki Młodych”.
Po premierze o filmie też było głośno – choć już z nieco innych powodów. Jak relacjonuje Justyna Jaworska w książce Piękne widoki, panowie, stąd macie. O kinie polskiego sockonsumpcjonizmu: „Dzięcioł wszedł na ekrany w maju 1971 roku, po czym na sierpniowym festiwalu w Łagowie dostał nagrodę Skisłego Grona, odpowiednik hollywoodzkiej Złotej Maliny, a jakby tego było mało, został obwołany najgorszym filmem dwudziestopięciolecia Polski Ludowej”.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Wiesław Gołas i Irena Kwiatkowska w filmie "Dzięcioł" w reżyserii Jerzego Gruzy, 1970, fot. z archiwum Filmu/Forum
Obrazek
dzieciol_w_rezyserii_jerzego_gruzy_forum-0429111990.jpg
Choć wbrew pozorom krytyczna recepcja dzieła daleka była od jednoznaczności. W prasie znajdziemy też wiele przykładów omówień sprzyjających obrazowi, nawet jeśli z ostrożnie formułowanymi zastrzeżeniami, jednak recenzje nieprzychylne były nawet nie tyle krytyczne, ile miażdżące. Dziennikarze atakują w filmie wszystko: od nibykomediowej, a rzekomo w ogóle nieśmiesznej tonacji, poprzez niespójny montaż przekładający się na brak koherencji historii, po fundamentalny zarzut: czy w Dzięciole w ogóle opowiadana jest jakakolwiek historia, bo nie świadczy o tym ani fabularna progresja (nieobecna), ani dramaturgiczne budowanie napięcia (nieskuteczne).
Mimo że w obsadzie znalazły się niekwestionowane gwiazdy przełomu gomułkowsko-gierkowskiego (z których część, co istotne, miała rozbudowane zaplecze kabaretowe), im również się dostało – jako niezdolnym do udźwignięcia scenariuszowego kolażu niepowiązanych ze sobą gagów, scenek i skeczy. Eugeniusz Boczek stwierdzi stanowczo w „Expressie Wieczornym”:
Text
Wiesław Gołas ma w filmie ciężkie zadanie, nadrabia jak może niedostatki humorystyczne scenariusza. Ale te jego rozlatane gesty, niezgrabne biegi, wymachiwanie rękami, małpowanie i głupie miny nie mogą uratować sytuacji. Bo bardziej żałosne są niż śmieszne. Bo Wiesław Gołas, wbrew pozorom czy uporowi niektórych reżyserów, sam w sobie nie jest komikiem. Wywoływać śmiech z niczego potrafi tylko autentyczny komik. Gołas nie miał w scenariuszu materiału na rozbawienie widzów.
„Epizodziki są może nawet i dowcipne”
Zanim zastanowimy się nad przyczynami i retoryką tak alergicznej reakcji, przypomnijmy, jaka to historia zasłużyła na miano najgorszego obrazu 25-lecia PRL. A jest ona błaha – to też może jeden z istotnych tropów, wziąwszy pod uwagę, że śmiertelnie poważna kultura polska, nie tylko filmowa, ma systemowy problem z opowieściami pozwalającymi sobie na świadomą trywialność. Opowiada bowiem o pracowniku stołecznego Supersamu, Stefanie Waldku (Gołas), który pod nieobecność żony, hardej, nieustępliwej i dominującej mistrzyni strzelectwa (Alina Janowska w jednej ze swoich najbardziej beznamiętnych ról), pragnie wdać się w romans. Szczegóły nie są istotne. Równie dobrze może to być jedna z koleżanek z pracy, jak i zagubiona podróżniczka spotkana w okolicach dworca, uczestniczka imprezy z sąsiedniego bloku czy, to chyba scenariusz idealny, elegancka mecenasowa Tylska (Violetta Villas), pożądliwie obserwowana przez Waldka na monitoringu w Supersamie.
Bohaterowi oczywiście nic z planu nie wychodzi – i to nie wychodzi w sposób dość spektakularny. Zamiast przeżyć doświadczenie potwierdzające jego zaradczą i zdobywczą męskość, Waldek znajduje się na celowniku zazdrosnego brata jednej z potencjalnych kochanek (która wykorzystuje bohatera jako przykrywki dla innej, zapewne dużo bardziej ekscytującej afery miłosnej), traci pracę, porzuca go własny syn (!), a w końcu zostaje postrzelony przez żonę i już pod postacią ptaka wyfruwa z mieszkania w bloku.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Kadr z filmu "Dzięcioł" w reżyserii Jerzego Gruzy, 1970, fot. z archiwum Filmu/Forum
Obrazek
dzieciol_w_rezyserii_jerzego_gruzy_forum-0429111986.jpg
Surrealistyczna, a w każdym razie luźno związana z rzeczywistością sekwencja wydarzeń podkreśla nie tylko całkowitą klęskę, jaką ponosi Waldek, lecz także odsłania wyraźnie satyryczne ambicje Gruzy i Toeplitza. Twórcom nie chodzi bowiem o realistyczną w duchu komedię obyczajową wiernie oddającą zwyczaje i przyzwyczajenia postaci, grupy czy klasy, ale o komedię raczej anarchiczną, zlepioną z czasem rzeczywiście przypadkowych i niekoniecznie związanych ze sobą gagów, która tę własną konstrukcyjną słabość również by tematyzowała. Najlepiej ujmuje to Jaworska, w której książce odbiór filmu Gruzy i Toeplitza zajmuje niepoślednie miejsce:
Text
Otóż zdaje się, że krytycy pomylili słabość jako temat ze słabością artystyczną, nieintencjonalną. Główny bohater filmu nie mógł budzić szacunku, bo wymagała tego konstrukcja fabuły – chodziło w końcu o przygody nieudacznika, który próbował odgrywać kobieciarza, ostatecznie kompromitując […] kondycję polskiego inteligenta. Nieudolność zarzucano jednak przede wszystkim twórcom, jakoby niezborne, omsknięte, przypadkowe perypetie Stefana Waldka wynikały z błędów scenariusza czy innych niedociągnięć formalnych. Po części zapewne tak, ale uderzająca „niedojakość” […] musiała być przecież zamierzona. Sugestii, że być może nasze życiowe posunięcia są z reguły niezborne, omsknięte i przypadkowe, a „Dzięcioł” o tym na kilku poziomach opowiada, nie znajdziemy jednak w żadnej ówczesnej recenzji.
A co w takim razie pisali ci krytycy?
Text
Na ekrany wszedł „Dzięcioł” Jerzego Gruzy. Jest to komedia wesoła jak matka sześciorga dzieci, która zaszła w ciążę po raz siódmy. […] „Dzięcioł” filmem ambitnym nie jest. Może to w ogóle nie jest film. Jest to komediowy potwór, śmiechotwórcza maszynka, do której wrzucono mendel pośladków damskich, śpiewy Violetty Villas, ponure miny Gołasa, i w ogóle rzeczy jedne od sasa, drugie do lasa w nadziei, że to wszystko jakoś wystrzeli. Niestety „Dzięcioł” jest kolejnym polskim niewypałem komediowym, ma on wszelkie dane, by stać się najsmutniejszym filmem roku
– grzmiał w „Perspektywach” Jan Zbigniew Słojewski. Swoją wypowiedź zakończył charakterystyczną dla epoki, szowinistyczno-pogardliwą konkluzją:
Text
Niewątpliwie mocną stroną filmu jest spora ilość atrakcyjnych łydek i pośladków damskich. Jeden pośladek występuje nawet au naturel, bez garderoby, w stanie naturalnym. Realizatorzy mają jednak chyba do niego jakieś zastrzeżenia, bo zaraz zjawia się Kwiatkowska ze strzykawką i wbija w pośladek igłę. Wydaje mi się, że realizatorzy popełnili duży błąd, pośladek ów bowiem, bardzo udany warsztatowo i kompozycyjnie, jest niewątpliwie najładniejszą częścią filmu.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Wiesław Gołas i Władysław Hancza w filmie "Dzięcioł" w reżyserii Jerzego Gruzy, 1970, fot. z archiwum Filmu/Forum
Obrazek
dzieciol_w_rezyserii_jerzego_gruzy_forum-0429112048.jpg
Z kolei walczący z bajecznym odurzeniem „importowaną za dolary taśmą Eastmancolor” Józef Pencuła próbuje w „Dzienniku Ludowym” zachować zdrowy rozsądek, odmawiając go samemu filmowi:
Text
Przygłuszeni nieco tą iście hollywoodzką reklamą „Dzięcioła” zrealizowanego kosztem pięciu milionów złotych (nie licząc reklamy) – spróbujmy przyjrzeć się nieco spokojniej i na trzeźwo samemu filmowi. […] Niektóre epizodziki są może nawet i dowcipne, cóż, kiedy wzięte najczęściej z utartych, obiegowych powiedzonek, z których śmiejemy się na zasadzie opowiadanego kawału. Niewiele mają wspólnego z realnymi sytuacjami życiowymi, tak jak owe mercedesy i luksusowe mieszkania z naszymi syrenkami i przeciętnymi M-3. […] Poniektórzy koneserzy doszukują się w „Dzięciole” […] głębszych związków z naszą rzeczywistością. Starają się nawet dopasować do niego filozofię o rewolcie pań przejmujących władzę nad światem. „Muzyka i Aktualności” bez zająknięcia określiła film jako „jedną z najlepszych komedii filmowych”; być może miał to być tylko zjadliwy żart… Ludzie, nie dajmy się zwariować, bo nas zakują dzięcioły.
Jedna sprawa, że i recenzent nie zachowuje przytomności, do której sam tak nawołuje. Nie zauważa na przykład, że główny bohater pędzi w gonitwie za autobusem (nie zdąża) i mieszka w dość przeciętnym mieszkaniu na warszawskim Osiedlu za Żelazną Bramą, a wypolerowany Mercedes mecenasowej Tylskiej – tak odległy od życia Waldka, że aż absurdalny – przedstawiony jest właśnie jako niemożliwy obiekt aspiracyjnego pożądania.
Druga sprawa, dużo ciekawsza, że sam wystosowany przez recenzenta apel o spokój sygnalizuje, że już w czasie premiery filmu histeryczny rys jego odbioru był czytelny dla osób w niej uczestniczących. Jeśli obserwacje Pencuły przyjąć za dobrą monetę, owa zbiorowa hipnoza wydaje się dla filmu tutaj, w kontekście upajających kolorów taśmy (z Zachodu!) i nierealistycznego nagromadzenia dóbr materialnych, raczej przychylna. Co jest paradoksalne, wziąwszy pod uwagę, że największy komplement, na jaki zdobyć potrafią się dziennikarze opisujący reakcje publiczności, to ten Jerzego Eljasiaka, piszącego w „Sztandarze Młodych”, że „chyba od czasów »Pana Wołodyjowskiego« przed kasami kin wyświetlających polskie filmy nie było takich kolejek jak te, które od rana ustawiają się przed stołeczną »Moskwą«”.
Antyfeminizm i zamach na patriarchat
„Filozofia o rewolcie pań przejmujących władzę nad światem”, choć wyśmiana przez Pencułę, bywała motywem wielu tekstów omawiających Dzięcioła. W opublikowanym w „Dzienniku Toruńskim” artykule zatytułowanym po prostu Litości! autor podpisany jako „Zbieracz” pomstował na – ni mniej, ni więcej – instalowanie przez Gruzę i Toeplitza matriarchatu:
Text
Rzecz w tym, że przynajmniej od czasu sławetnego „Polowania na muchy” Wajdy wg opowiadania Janusza Głowackiego, przyjęło się go [mężczyznę – przyp. red.] ukazywać, jako istotę zahukaną, nieporadną, całkowicie zdominowaną przez kobiety. […] J. Gruza i K.T. Toeplitz winni być na tyle solidarni z pozostałością męskiego rodu, żeby do reszty nie demoralizować naszych kobiet. Rzecz jednak w tym, że tak wcale nie jest, bowiem emancypacja płci pięknej w naszym kraju nie zatoczyła jeszcze tak szerokich kręgów, jak sugerują to autorzy „Dzięcioła”, a także i innych filmów. Zdarzają się wśród kobiet istoty, które wodzą nas za nos, ale w większości wypadków wciąż jeszcze stać nas na to, żeby odegrać wobec nich jakąś rolę. Nie musimy więc popadać w kompleksy i uznawać z góry, że przegraliśmy historyczny pojedynek dwóch płci. […] Autorzy komedii filmowych winni ten fakt uwzględnić i nie roztaczać przed nami matriarchalnej wizji świata, w którym rządy sprawują kobiety.
Zostawiając na boku oczywisty fakt, że o matriarchacie dyskutuje się tutaj tylko w męskim gronie (płci Zbieracza co prawda nie znamy, ale możemy podejrzewać, że to mężczyzna), recenzent używa interesującej logiki. Postanawia na przykład kompletnie zignorować fakt, że narracja Dzięcioła jest w gruncie rzeczy narracją niewiarygodną, mocno zsubiektywizowaną, nasączoną myślami i pragnieniami głównego bohatera. Przeciwnie – traktuje film Gruzy jako realistyczną próbę uchwycenia rzeczywistości, a nawet, co stanowić ma o największym grzechu reżysera, jej wyspekulowania. Twórcy nie tylko nie udaje się przekazać prawdy o świecie, lecz stara się on wręcz ją przekłamać, a ryzyko w tym tkwiące wychodzi w retoryce Zbieracza daleko poza prostą nieudolność. Polega raczej na tym, że fałszywy obraz wpłynie na rzeczywistość – i może faktycznie wprowadzi do Polski matriarchat.
Paniczna argumentacja recenzenta może być więc świadectwem długiego trwania spiskowych, reakcyjnych narracji, które obrazom – i w ogóle tekstom kultury, choć te wizualne wydają się tutaj obdarzone szczególną potęgą – przypisują niebezpieczną moc deformowania świata społecznego, ustanowionych niby od zawsze relacji, burzenia rzekomo naturalnego porządku. Może dobrze się stało, że Zbieracz prawdopodobnie nie musiał nigdy recenzować serialu Netflixa.
Z drugiej jednak strony nie brakowało głosów zgoła przeciwnych, takich, które w nierealistycznym przedstawieniu perypetii bohatera, ale przede wszystkim w przerysowaniu postaci kobiecych, dostrzegały raczej słabo skrywaną mizoginię niż tęsknotę za jakimś wymyślonym matriarchatem. Punktująca u Gruzy i Toeplitza „antyfeminizm” Alicja Helman pisała w „Faktach i Myślach”, że ich film – przedstawiający, jak „korowód wampów, które w edycji polskiej okazują się po prostu wielkimi groźnymi babami, dręczącymi małych, słabych mężczyzn, gnębi i unicestwia nieszczęsnego bohatera” – jest doskonałym przykładem na to, że „nie sposób [zrobić] komedię ze wstrętu do kobiet”.
Mniej stanowczo, choć chyba bardziej przenikliwie, film oceniła Bożena Janicka:
Text
Komediowy mechanizm „Dzięcioła” polega nie tyle na ironicznym wykrzywianiu się do nas, ile na tym, że potraktowano nas zanadto na serio. Autorzy wzięli za dobrą monetę nasze marzenia i zaofiarowali nam ich spełnienie, nawet z pewnym naddatkiem. Pokazują nasze tajone pragnienia jako rzeczywistość, a my reagujemy, jak można się było spodziewać, głośnym i pełnym satysfakcji śmiechem albo wstydliwym chichotem. Oto każdy w wymarzonej roli; jest tak, jak się państwu podoba. Panie – silne, zwycięskie, dominujące; panowie – niewinni, niesłusznie prześladowani, zasługujący na lepsze traktowanie. Nawet dzieci (synek bohatera) mogą się zobaczyć w wymarzonej roli: mądre i pobłażliwe wobec zdziecinniałych rodziców. Tylko, że to wszystko nieprawda.
Echa ze zgniłego Zachodu
I tutaj dochodzimy do zasadniczego punktu, który zadecydował o tak zjadliwym odrzuceniu filmu. Krytyczka rozpoznawała w obrazie Gruzy nie propagandowy obrazek ani nawet nie bardziej lub mniej trafioną zabawę stereotypami, lecz rekompensacyjną fantazję, która tym bardziej podkreśla fundamentalny brak, jaki tę fantazję pociąga. A co w takim razie ma być rekompensowane? Cóż… męskie sprawstwo, dominacja i poczucie ważności. Nawet za żelazną kurtyną słyszalne były echa rozgrywających się na Zachodzie obyczajowych przewrotów, a nieodległe w czasie były chociażby hipisowskie protesty w Stanach Zjednoczonych, paryski Maj 1968 roku i wystąpienia tamtejszych feministek drugiej fali czy londyńskie swinging sixties. Choć żadne z tych zjawisk nie oznaczało automatycznie spełnienia feministycznej utopii, to bez wątpienia pomogły one ideom emancypacji płci, równouprawnienia i kwestionowania trwałości ról genderowych przedostać się bliżej głównego nurtu debaty publicznej. Dzięcioł jest objawem zupełnie rzeczywistego lęku – nawet jeśli go ośmiesza – i obawy przed nieuchronną zmianą.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Violetta Villas w filmie "Dzięcioł" w reżyserii Jerzego Gruzy, 1970, fot. z archiwum Filmu/Forum
Obrazek
dzieciol_w_rezyserii_jerzego_gruzy_forum-0429112005.jpg
To, co polscy (męscy) krytycy tak słabo znosili, to fakt, że poprzez satyrę i karykaturę Gruza i Toeplitz w pewnym sensie potwierdzali istnienie przedmiotu tych obaw – stąd też histeryczne atakowanie ich filmu jako trafiającego w czuły punkt męskiej perspektywy. Stefana Waldka odrzucono nie dlatego, że był nierealistycznie nieudolny i słaby, lecz właśnie dlatego, że tradycyjny model męskości – oparty na sile i testosteronowej ekspansji, do którego Waldek tak wytrwale aspirował – w rzeczywistości pozaekranowej stawał się coraz śmieszniejszy i nieadekwatny wobec zmieniającego się świata. Omsknięty anachronizm bohatera wskazuje też na anachronizm wyznawanych przez niego wartości. I to była chyba obserwacja, której krytyka nie mogła wybaczyć twórcom filmu.
Uwagę zwraca też jeszcze jedna sprawa, mianowicie zagadnienie erotyki. Seks – a raczej pogoń za nim – jest sednem całej opowieści i jako taki też wydaje się źródłem nieporozumień. Jak była już mowa, filmowi zarzucano niezgrabną strukturę, często wiążąc ją z telewizyjną proweniencją reżysera. „Nie bez powodu ciągle przytaczam tu TV i na nią się powołuję. »Dzięcioł« bowiem zawiera wiele z telewizyjnej składanki rozrywkowej, będąc raczej zbiorem skeczów i solówek niż zwartym filmem” – twierdził dziennikarz „Trybuny Robotniczej”.
Zbigniew Kłaczyński w „Trybunie Ludu” miał lepszą intuicję: „[Dzięcioł] [j]est w gruncie rzeczy montażem skeczów, spychających na drugi plan samą fabułę. Pozostaje ona w tym filmie jedynie spoiwem dla poszczególnych »numerów«: numeru o dyrektorze, o ponurym braciszku pilnującym siostrzyczki, o trunkowej pielęgniarce, o woźnym w operze i »chłopczykach« itd. itp.”. Mówiąc o „numerach”, recenzent trafił w dziesiątkę – w końcu to także określenie pikantnych scen erotycznych, które w niektórych gałęziach kina stanowią najważniejszą część filmu, fabułę sprowadzając do pretekstowych łączników między nimi.
Broniłbym tezy, że „numerowa” struktura Dzięcioła nie jest tylko wynikiem estradowego doświadczenia twórców i aktorów, lecz także ironiczną demaskacją pragnień widowni, która na erotyczne obyczajówki wali do kin drzwiami i oknami, gnana pragnieniem zobaczenia właśnie tych scen – stąd nic dziwnego, że kobiece pośladki zajmują tak prominentne miejsce w otaczającym Dzięcioła dyskursie. Zwichnięcie tej konstrukcji, jej nieudolne wyeksponowanie (albo: wyeksponowanie jako nieudolnej) okazuje się całkiem zabawnym żartem, ale i szerszym komentarzem na temat wizualnej kultury seksu – jako zjawiska, które rozsadza fabularne ramy opowieści – i zmysłowej intensyfikacji, uniemożliwiającej koherentną i spójną narrację. A wydaje się, że im bardziej pruderyjne warunki kulturowe, tym trudniejszy seks jest do przedstawienia. Absolutna klęska Waldka w tym zakresie, a także świadomie rozchwiana numerowa struktura filmu Gruzy wydaje się wystawiać polskiej kulturze jednoznaczne świadectwo. Świadectwo, które recenzenci niechcący potwierdzili.