Podczas biegania trzeba się skupić na biegu, nie można się rozglądać na boki. Jednak kilka razy podczas biegania treningowego po Warszawie zdarzyło mi się, że trafiłem w miejsce, w którym nigdy nie byłem, albo że zobaczyłem coś, czego przejeżdżając tamtędy wcześniej nie zauważyłem. Potem jeszcze tego samego dnia, czy parę dni później wracałem w to miejsce z aparatem. Przy okazji wyważyłem otwarte drzwi – otóż doszedłem do wniosku, że gdy fotografuję architekturę w całości, obiekt jako taki, to dobrze, gdy dopisuje mi pogoda, gdy jest słońce, czyste bezchmurne niebo. Ale gdy fotografuję szczegół: okno, drzwi, kołatkę, klamkę, kłódkę to lepiej, gdy słońce jest za chmurami i ów obiekt nie rzuca cienia, pokazuje mi się w stanie czystym.
Czy odwiedzane miejsca i zapisane okiem aparatu obiekty znajdują odzwierciedlenie w pana dorobku poetyckim czy eseistycznym?
Oczywiście, że tak, ale nie zawsze wiem, co jest najpierw: czy obraz, a potem słowo, czy słowo, a potem obraz. Opisując w debiutanckim zbiorze wierszy konkretne ulice Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy mojej rodzinnej Kruszwicy, chciałem pokazać swoją realną przestrzeń. Po latach – zwrócił mi na to uwagę Adam Pomorski podczas jednego ze spotkań w PEN Clubie – okazało się, że w moich wierszach jest cała masa nazw własnych. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Ale zamiast napisać drzewo, wolę napisać jesion czy świerk; zamiast napisać ptak muszę napisać wilga albo skowronek; zamiast napisać kwiat napiszę bratek czy gerbera. Moje wiersze, co zauważyli recenzenci, charakteryzują się wyrazistą akcją liryczną. U mnie, gdy coś się w wierszu dzieje, to nie gdzieś, kiedyś, czyli nie wiadomo ani gdzie, ani kiedy, ale zawsze w ściśle określonym miejscu, w ściśle określonym czasie, bo jeśli to, co piszę ma być przekonujące, to musi być wzięte z mojego życia.
W pana twórczości poetyckiej można znaleźć fascynacje dorobkiem poprzedników. W wielu pana wierszach można też odnaleźć odwołania do motywów z dzieł malarskich. A czy fotografowanie przyczyniło się do nowego poetyckiego postrzegania przez pana naszego wspaniałego świata?
Oczywiście. Malarstwo jest w kręgu moich zainteresowań, ale nie potrafię o nim mówić, gdyż brakuje mi wiedzy, terminologii, inaczej rzecz ujmując – nie starcza mi kompetencji, ale i słów. Lecz gdziekolwiek jestem, czy w Museo de Arte Antiga w Lizbonie, w Pinakotece w Monachium, w Prado w Madrycie, czy w Veletržnim palácu w Pradze, zawsze rozglądam się za martwymi naturami. W ten sposób odkryłem dla siebie martwe natury Josefy de Óbidos, siedemnastowiecznej zakonnicy, wywodzącej się z Sewilli, choć żyjącej i tworzącej w Portugalii, a także osiemnastowiecznego, urodzonego w Neapolu, ale tworzącego w Madrycie Luisa Egidio Meléndeza. W efekcie sam zacząłem komponować u siebie w mieszkaniu i fotografować martwe natury. Okazuje się, że nie jest tak łatwo wykonać zdjęcie na przykład trzech butelek i jabłka lub pomidora. Zdjęcie, które będzie nie tylko dobre technicznie, z odpowiednią głębią ostrości, ale będzie miało swoją jakość, której nie da się wyrazić poprzez słowo.
Jakie cykle i miejsca – zarówno literackie, jak i fotograficzne – ma pan jeszcze w planach twórczych?