Zwracasz też uwagę, że linearna historiografia to historia polityczna, wydarzeniowa, historia tzw. ,,polskich miesięcy” (październik 1956, marzec 1968, etc.), które działają jak świetliki (Ferdinand Braudel), tzn. oświetlają same siebie, a dużo problemów zostawiają w ciemności.
I zostawiają przestrzeń dla mitów, dla budowania spójnych konstrukcji. To jest cecha zbiorowego sposobu myślenia, którą reprodukuje wciąż szkoła – szukanie dowodów na to, że świat jest spójny. To, co widzimy jako spójne, to tylko jedna z warstw; inne ignorujemy, ponieważ nam przeszkadzają. Tak samo na ogół postępują historycy.
Przyjąłeś strukturę, w której ,,linie” są obecne, ale wyznaczają tylko jedną z trzech opowieści o tym samym czasie. To wydaje się uczciwe, bo nie widzę problemu w samej opowieści chronologicznej, nieprzypadkowo ją wybraliśmy, ostatecznie czas płynie ,,do przodu”. W takich ramach też można zaproponować rozmaite perspektywy, wybrać różne cezury. Daty w twoim linearnym rozdziale niekoniecznie pokrywają się z ,,polskimi miesiącami”.
W jakiejś mierze się pokrywają, bo nie chcę dezawuować znaczenia przełomów, w których ludzie przecież uczestniczyli, głęboko je przeżywali. Naprawdę wielkie tłumy przyszły słuchać Gomułki w październiku 1956 roku. A dojście Gierka do władzy po „grudniu” oznaczało prawdziwą zmianę, która natychmiast odbiła się na życiu ludzi. W 1971 roku cofnięto podwyżki cen i rzucono towary na rynek.
Kobiety niosące pralkę „Frania”, 1971, Warszawa, fot. Roman Kotowicz / Forum
Właśnie. Wycofano je po spotkaniu z łódzkimi włókniarkami w lutym 1971, a nie bezpośrednio po stłumieniu strajków robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970. Można datować przełom na 1971, nie na 1970 rok. Tak zrobiłeś i to zmienia optykę.
Możliwe, że 1971 rok nie przyjął się także dlatego, że nikt nie zginął. Świat dzisiejszy jest konstruowany podobnie. Dowiadujemy się o istnieniu jakiegoś miasta, Srebrenicy albo Buczy, dlatego, że zamordowano tam ludzi.
W twojej pracy wielkie wydarzenia są ważne, ale pozostają kontekstowe. Nie wybrzmiało tu jeszcze, że w tytule książki, wydanej przed miesiącem w serii Państwowego Instytutu Wydawniczego, widnieje ,,życie codzienne”. Codziennością zajmujesz się nie pierwszy raz, analizowałeś ją w przypadku robotników warszawskich w latach 1955-1970. Tu proponujesz jedna paradoksalne założenie, to znaczy, żeby widzieć codzienność kobiet w PRL-u jako kształtującą się w ramach ,,instytucji totalnej” (Erving Goffman), pod wpływem przemożnych sił natury, kultury, społeczeństwa, polityki.
Dla wielu osób nie będzie to świeży pomysł, bo nawiązuje do schematu zniewolenia i dyktatury. Będę go jednak bronił, ponieważ niepokoi mnie abstrahowanie od tego schematu pod wpływem anglosaskiej percepcji historii kobiet jako ruchu emancypacyjnego. PRL nie była państwem totalitarnym, ale miała takie aspiracje. Przez 45 lat zniewalała swoich obywateli, używając do tego np. systemu paszportowego czy meldunkowego. Konfiskowała ich pracę, pozbawiając swobodnej inicjatywy i zamykając w kręgu przedsiębiorstw państwowych. Obywatele nie mieli prawa głosu, nie było prawdziwych wyborów. Nie było także legalnej metody politycznej walki o prawa kobiet. Dlatego opisywanie PRL-u jako krainy emancypacji, bo „kobiety na traktory”, bo prawo małżeńskie, które daje wolność wyboru – to mała część prawdy. Powiedziałbym, prawda krótkich odcinków. Długi bieg życia społecznego był taki, że nie było żadnej możliwości swobodnej ekspresji problemów kobiet. Efektem tego okazał się film, bardzo poruszający, Kobieta samotna Agnieszki Holland (1981). To jest krzyk. Rozległ się dlatego, że w okresie Solidarności można było wykrzyczeć to, co trudno było wypowiedzieć przez 30 lat.