Chciałbym wrócić jeszcze do tej "samokolonizacji"... Jeden z pamiętnikarzy pisał o tym, że są w nim dwie dusze – "nabyta" miejska i ta "prawdziwa" wiejska, co pani za Bourdieu nazywa pękniętym habitusem. To zastanawiające, bo to sformułowanie pojawiało się już w chłopskich narracjach dotyczących czasów popańszczyźnianych – działacz ludowy Jakub Bojko pisał o dwóch duszach chłopów, służalczej i własnej.
Oczywiście, zresztą u Bojki też ta metafora pojawia się właśnie w kontekście awansu społecznego! Autor "Dwóch dusz" (1904) pisze o pochodzących z chłopstwa nauczycielach i urzędnikach, którzy "o całą chałupę z kominem wznieśli się ponad rówieśników". Mimo pokładanych w nich nadziejach, że będą się wstawiać za swoim dawnym środowiskiem pochodzenia, Bojko ironizuje, że ich "dusza pańszczyźniana" każe im zachowywać się w sposób uniżony. .
Jeden z pamiętnikarzy powojennych rzeczywiście odwołuje się do tej starej metafory, inni piszą o "konfliktowym rozdwojeniu jaźni" czy o "przeszłości walczącej z przyszłością". Natomiast kontekst socjalizmu państwowego jest jednak odmienny – i to zarówno od czasów post-pańszczyźnianych i międzywojennych, jak i od powojennych awansów w krajach zachodnich, o których pisał Bourdieu czy Annie Ernaux. W socjalizmie przedstawiciele klas ludowych awansują zazwyczaj z przeświadczeniem o słuszności swojej trajektorii, są w tym poczuciu wspierani przez język "dziejowej sprawiedliwości", którym operują instytucje państwowe. Mobilność społeczna – zwłaszcza w pierwszej dekadzie po wojnie – ma charakter masowy, to nie są wyjątki.
Natomiast z pewnością są takie obszary, na których owo pęknięcie, charakteryzujące się między innymi brakiem pewności co do słuszności pewnych wyborów, męczy osoby awansujące. Opisywane jest choćby w kontekście praktyk religijnych – zderzenia tradycyjnego światopoglądu i praktyk z antykatolicyzmem instytucji edukacyjnych; ale też uczenia się poprawnego mówienia i wypierania się chłopskiej gwary, co utrudniało komunikację ze środowiskiem pochodzenia. Poczucie pękniętego habitusu z pewnością częściej prześladowało osoby o długich zakresach mobilności społecznej. Osoby pochodzące z chłopstwa, a awansujące do inteligencji, zderzały się zresztą z niespójnymi wzorcami wewnątrz inteligencji, której część powielała język inteligenckiej wyższości, a część starała się realizować założenia o socjalistycznym egalitaryzmie.
W kontekście obrazów odejścia od praktyk religijnych, ciekawy wydaje mi się przypadek postaci Zenka, technika mechanizacji rolnictwa z komedii "Nie ma mocnych". Główną osią jego konfliktu z rodziną przyszłej małżonki jest odmowa przyjęcia ślubu kościelnego. I co ważne, jest on przedstawiony jako sierota, a więc dosłownie wychowanek państwa, także łatwiej przychodzi mu to odrzucenie bagażu tradycji.
Zenek jest też przedstawicielem drugiego pokolenia awansujących, w mniejszym stopniu obciążonego bagażem kultury tradycyjnej, z którym borykały się osoby wchodzące w dorosłość zaraz po wojnie. Rzeczywiście bardzo ciekawe jest to, że scenarzysta uczynił go sierotą, bo jest to zabieg często stosowany w kapitalistycznych opowieściach awansu – uwalnia jednostkę od konieczności poradzenia sobie z presją środowiska pochodzenia i z koniecznością odcięcia się od niego. Tradycyjna kultura wiejska była w dalszym ciągu silnie związana z katolicką religijnością, więc postać, która miała być uosobieniem nowego systemu, przedstawiono jako pozbawioną tego bagażu. "Nie ma mocni" są zresztą dobrym przykładem zmiany sposobu opowiadania o awansie, który wydarza się w latach 70.
Co się wtedy wydarzyło?
Zmiana sposobu opowiadania o awansie wiąże się ze zmianą dynamiki mobilności społecznej. Była ona najbardziej intensywna w pierwszej dekadzie powojennej, w latach 60. utrzymywała się wciąż na wysokim poziomie, natomiast już w latach 70. socjologowie z pewnym niepokojem zwracali uwagę na zamykanie się ścieżek awansu. Częściowo wynikało to z domknięcia procesu modernizacji: głód kadr potrzebnych do zarządzania państwem i przemysłem został w dużym stopniu zaspokojony.
Widać to dobrze w zmieniających się wyobrażeniach społecznych. W latach 70. zaczyna kruszyć się wiara w możliwość kolektywnego, powszechnego awansu, czyli tego, co miało stanowić o istocie rewolucji socjalistycznej. Coraz częściej w centrum stawiano bohatera, który podobnie jak w kapitalizmie, awans zawdzięcza przede wszystkim sobie, a już w o wiele mniejszym stopniu socjalistycznym instytucjom, które wcześniej występowały w roli patrona.
W tak zwanej dekadzie gierkowskiej władza stopniowo odchodzi też od języka egalitaryzmu w sferze publicznej oraz podejmuje decyzje polityczno-gospodarcze, które do tej pory znajdowały się poza socjalistycznym repertuarem: mocno rozbudza konsumpcję, umożliwia działalność małym przedsiębiorstwom prywatnym. Wszystko to prowadziło w kierunku rozwadniania projektu socjalistycznego. W związku z tym coraz więcej miejsca w wyobraźni zajmowały opowieści, które moglibyśmy nazwać "protokapitalistycznymi".
Jak "Daleko od szosy".
I tu znów mamy do czynienia z pewnym paradoksem, bo gdyby przeprowadzić sondaż wśród polskich widzów, to prawdopodobnie większość osób wymieniłaby ten serial jako najlepiej zapamiętany i najbardziej znany obraz awansu społecznego w PRL. Jego fabuła charakteryzuje się jednak pęknięciem. Do pewnego momentu pokazuje on dość typową historię – chłopaka, który chce wyemigrować do miasta, bo czuje się ograniczony warunkami wiejskim, chce zdobyć zawód. Wyjeżdża na Śląsk, szkoli się na wykwalifikowanego robotnika, zdobywa nowe kompetencje, choć wpada też w różne kłopoty.