Antypomnikoza. Warszawa w Budowie 11
Ile pomników minęliście dziś na ulicach swojego miasta i co one upamiętniają? Niewielu byłoby w stanie precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie, choć z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że większość z nich przedstawiała mężczyzn z bronią w ręku.
Nie palcie pomników, wznoście własne
Pomijając pomniki będące atrakcjami turystycznymi i punktami orientacyjnymi, nasz wzrok z reguły bezwiednie ślizga się po monumentach, którymi obficie upstrzone są nasze ulice, place i skwery. Pod względem konwencjonalności tematu i formy z pomnikami na ulicach polskich miast mogą konkurować chyba tylko rodzime komedie romantyczne. Twórcy tegorocznej odsłony festiwalu Warszawa w Budowie (trwa do 3 listopada), badacz kultury wizualnej Łukasz Zaremba i kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej Szymon Maliborski, nie proponują jednak oczyszczania pejzażu z dziesiątek figur bohaterów na postumentach. Zamiast tego zastanawiają się, co powinno się znaleźć obok nich.
Jedenasta edycja festiwalu, zatytułowana „Pomnikomania” i ulokowana w przebudowanym niedawno modernistycznym Warszawskim Pawilonie Architektury Zodiak oraz na placu przed nim, należy do jego bardziej kameralnych odsłon. Bliżej jej do poświęconej placowi Defilad edycji sprzed dwóch lat niż do najgłośniejszych odsłon, poświęconych problemom odbudowy stolicy czy, jak w zeszłym roku, migracji. Pomnik to w tym przypadku bohater zbiorowy. Próżno szukać tu opowieści o placu Piłsudskiego czy „Przyjaźni” Aliny Szapocznikow. Kuratorzy „Pomnikomanii” nie wikłają się w gorące spory na temat konkretnych realizacji. Chłodna narracja przyjmuje szerszą perspektywę. W końcu wzniesienie czy obalenie jednego pomnika może być katastrofą, ale w przypadku stu to już statystyka.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Widok z wystawy "Pomnikomania" podczas 11. edycji festiwalu "Warszawa w budowie", 2019, Warszawski Pawilon Architektury "Zodiak", fot. Daniel Chrobak
Obrazek
warszawa_w_budowie_2019_5.jpg
Niewidoczne od zawsze
Przygotowana przez Zarembę i Maliborskiego wystawa ma dwa rozdziały. Jeden to podlana odrobiną statystyki wystawa wewnątrz Zodiaku, drugi – pokaz potencjalnych form pomnikowych na placu przed pawilonem. Pierwsza opowiada przede wszystkim o tym, jak upomnikowiony pejzaż warszawskiego śródmieścia wygląda teraz, druga wybiega w potencjalną przyszłość pokazując, jak mógłby on wyglądać po lekkim liftingu.
Kluczową pracą dla wystawy w Zodiaku jest fotograficzna instalacja Witka Orskiego „Podkład”. Na biało-szarej szachownicy, w języku programów graficznych oznaczającą przezroczystość, artysta umieszcza fotografie kilku stołecznych pomników obleczonych w specyficzny kamuflaż – figury znikają z cokołów i zlewają się z krajobrazowym tłem, widzimy jedynie ich zniekształcone sylwetki. To wizualizacja tego, jak faktycznie wszędobylskie pomniki są postrzegane, jeśli akurat nie wybuchają wokół nich polityczne awantury. Kątem oka zauważamy ich obecność, nie zatrzymując się dłużej na samych figurach, które wydają się stać w przestrzeni publicznej od zawsze.
Rzecz jasna „od zawsze” to tak naprawdę wyjątkowo krótki czas – w przypadku śródmieścia Warszawy średnio około sześćdziesięciu lat. Co bardziej pechowi twórcy pomników nawet na tyle nie mogą liczyć, jeśli trafią w nienajlepszy moment historyczny. Jak w przypadku Stanisława Sikory, aktywnego w trzech epokach: międzywojniu, Polsce Ludowej i pierwszych latach III RP. Jego nieistniejące już pomniki stały się przedmiotami niemych opowieści mima Jerzego Klonowskiego w performatywnej pracy Dominiki Olszowy „Kamyk na dnie galarety”.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Widok z wystawy "Pomnikomania" podczas 11. edycji festiwalu "Warszawa w budowie", 2019, Warszawski Pawilon Architektury "Zodiak", fot. Daniel Chrobak
Obrazek
warszawa_w_budowie_2019_40.jpg
Wydizajnowane durnostojki
Odwrotną perspektywę czasową w melancholijnym „Opóźnianiu przeszłości” proponuje Gizela Mickiewicz. Jej rzeźbiarska ruina wykonana jest z betonu o rozwibrowanej, ekspresyjnej fakturze godnej rzeźb Medardo Rosso. Nie jest to jednak zwykły beton, a tak zwany „self healing concrete” – w jego mikroszczelinach żyją uśpione kolonie bakterii, które w momencie, gdy do środka dostanie się woda, zaczną namnażać się i wydalać piaskowiec, który zasklepi powstające ubytki. Oddana w ręce mikrobów praca Mickiewicz wygląda więc jak pożegnalny monument upadłej cywilizacji, pozostawiony przez ludzkość na wydrążonej z zasobów planecie, pierwszy i ostatni pomnik, który faktycznie stałby się wieczny.
Projekty pomników na placu przed pawilonem prezentują co prawda alternatywy dla dominujących form, ale nie zawsze znacząco wykraczają poza ich horyzont. Nadal nie brakuje tu monumentalnych durnostojek, nawet jeśli są to durnostojki wydizajnowane i pochodzące wprost z najlepszych galerii komercyjnych w Warszawie. Przykładem złożony z samych postumentów pomnik autorstwa Olgi Micińskiej, wiszący nad placem obiekt Piotra Łakomego, jak zwykle w przypadku tego artysty wykonany z metalowego kokonu o strukturze plastra miodu i strusich jaj, czy też poświęcony uchodźcom monument Karoliny Brzuzan w formie piorunochronu, którego forma powtarza jednocześnie przebytą przez konkretnego migranta trasę z Sudanu do Francji.
Do podobnego tematu znacznie ciekawiej podchodzi Daniel Rycharski, przy okazji autor zdecydowanie najciekawszej pomnikowej formy w polskiej sztuce ostatnich lat, czyli „Pomnika chłopa”. Przygotowany na festiwal „Veraicon” jest pracą najbliższą rozwijającemu się od połowy lat 80. w Niemczech nurtowi antypomników, który to nurt negował klasyczne materiały oraz monumentalne formy i który angażował w odbiór ciało widza. Tym razem Rycharski zszył ze sobą ubrania pozyskane zarówno od uchodźców przedostających się z Włoch do Francji, jak i ludzi, którzy nieraz wbrew prawu i społecznym nastrojom udzielili im pomocy. Umieszczona w witrynie odzieżowej sieciówki C&A naprzeciwko Zodiaku praca Rycharskiego bardziej niż typowy pomnik przypomina współczesną odsłonę wotów umieszczanych w kościołach pod wizerunkami świętych.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Pomniki pracy
Jednak tradycja, do której najchętniej sięgają artystki i artyści biorący udział w „Pomnikomanii”, wywodzi się z XIX wieku – z rzeźb takich jak zdjęci z piedestału "Mieszczanie z Calais" Rodina z jednej strony i naturalistyczne robotnicze pomniki Vincenzo Veli z drugiej. Cichym bohaterem wystawy jest więc Pomnik Budowy Szosy Brzeskiej z 1825 roku – jeden z najstarszych, a jednocześnie nieco zapomnianych pomników w Warszawie, wysoki na kilkanaście metrów obelisk, którego czarna sylweta pokryta przedstawieniami budowniczych szosy góruje nad ulicą Grochowską.
Widok z wystawy "Pomnikomania" podczas 11. edycji festiwalu "Warszawa w budowie", 2019, Warszawski Pawilon Architektury "Zodiak", fot. Daniel Chrobak
Sięgnęli do niego między innymi Róża Duda i Michał Soja w "Pomniku pracy". Uproszczona sylwetka robotnika z pokaźnym głazem w miejscu głowy wymachuje w nim neonowym kilofem, będącym jedocześnie strzałką wykresu efektywności. Unosząc go, raz po raz zdaje się uderzać we własną głowę. Pomnik pary artystów to symboliczna wariacja na temat tradycyjnej ikonografii robotniczej. Wszak współczesny pomnik pracy byłby raczej poświęcony kasjerkom z Żabki czy dyżurującym w nocy za grosze pracownikom firm ochroniarskich.
Do nich przemawiać mogą jednak propozycje Alicji Rogalskiej i Łukasza Surowca. Rogalska na czas wystawy ustawiła w Zodiaku obelisk-skarbonkę – z zebranego bilonu miałby powstać Projekt Ofiar Kapitalizmu, którego pierwszą wersję przy czynnym udziale publiczności artystka projektowała trzy lata temu w Chile. Surowiec z kolei parodiuje na swój sposób jeden z symboli neoliberalnej III RP – licznik długu publicznego, zamontowany na dachu pawilonu Cepelii. Jest to jednak parodia podszyta goryczą i czarnym humorem. Potoki cyfr na migoczącym ledowym ekranie pokazują prywatny koszt zmniejszania długu publicznego: liczbę eksmisji komorniczych czy samobójstw popełnianych z powodu zadłużenia.
Stawką tegorocznej Warszawy w Budowie jest więc nie radykalne przemodelowanie przestrzeni publicznej, a uwidocznienie pomników i drobne poszerzenie ich reprezentacyjnego horyzontu. Nie chodzi może o wywołanie tytułowej "pomnikomanii", ale przezwyciężenie pomnikowstrętu. Odzyskanie pomników dla mieszkańców miast, by nie były one postrzegane jako brązowe kloce stawiane tu i ówdzie przez lokalne czy państwowe władze w zgodzie z obowiązującą w danej chwili polityką historyczną, a narzędzia reprezentujące wspólną pamięć i interes. Wnioskując z aktualnego pejzażu pomnikowego, by zasłużyć na publiczne upamiętnienie, trzeba zabijać i ginąć w słusznej sprawie, w ostateczności pełnić urząd co najmniej premiera. Artyści tacy jak Rogalska i Surowiec nie uciekają całkowicie od martyrologii, tyle że martyrologię wojenną zastępuje w ich optyce „martyrologia” ekonomiczna.